Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum kategorii: Bez kategorii

2010-02-26 1:42

Skrawki z mediów

Mały przegląd subiektywnie wybranych rzeczy z mediów.

1. Na “Interia.pl” możemy przeczytać artykuł o róznych zawirowaniach w świecie futbolu, w szczególności aferach związanych z życiem seksualnym niektórych piłkarzy. Trzeba przyznać, że sprawa Johna Terry’ego jest o tyle istotna, że uwodząc kobietę kolegi doprowadził do rozbicia linii obrony reprezentacji Anglii. Poza tym jednak można dojść do wniosku, że, podobnie jak w przypadku “afery” z panem Woodsem, mamy do czynienia z robieniem tematu z niczego. Mężczyźni o wysokiej pozycji społecznej, w jakiś sposób wybitni zawsze prowadzili i będa prowadzić bujne życie seksualne. To tylko współczesna wszechobecność mediów prowadzi do sytuacji tego typu, że pan Woods udał się na “leczenie uzależnienia od seksu”. Oczywiście nie jest on zapewne tak głupi, żeby brać to na poważnie. Po prostu wymóg przeliczalnego na pieniądze “wizerunku”. No cóż, jak się chcę odzwyczaić, niech sobie utnie rękę. Jako były wybitny golfista nie będzie już tak atrakcyjny dla kobiet.

2. “Rzeczpospolita” doniosła w dwóch artykułach o osobliwych zjawiskach w jednostce GROM. Wiążą się bezpośrednio z jej dowódcą, któremu jeden z podwładnych zarzucił zwalnianie doświadczonych i cennych dla GROMu żołnierzy. Podobno negatywna opinia o tych działaniach jest w tej jednostce dość powszechna. Podziela ją też były jej dowódca gen. Polko. Z drugiego artykułu dowiadujemy się, że płk. Zawadka - dowódca GROM - zwołał konferencję prasową w celu wyjaśnienia sytuacji. Pogłębił jedna tylko konfuzję, bo zwołał ją w siedzibie jednostki, która w zasadzie pozostawać powinna tajna. Jeśli to wszystko prawda i przytoczone interpretacje są prawdziwe (zastrzegam się, bo moja wiedza jest tu zerowa), to chyba sprawą momentalnie powinien zająć się kontrwywiad. Działania płk. Zawadki sprawiałyby bowiem wrażenie inspirowanych przez obce służby.

3. Również “Rzeczpospolita” pisała ostatnio o potencjalnym napływie Chińczyków i ich firm do polskiego sektora budowlanego. Może on znacznie przyspieszyć realizację wielu projektów infrastrukturalnych, ale budzi też protesty. Komentator gazety przedstawia opinię, że ogólnie zjawisko to będzie korzystne, ale trzeba uważać, czy chińskie firmy nie dostają aby ukrytego wsparcia finansowego od własnego rządu. Nie mam tu teraz miejsca, żeby dokładniej potraktować ten problem (postaram się niebawem), ale zauważmy jedną rzecz. Jeśli ktoś wykonuje jakąś usługę taniej od naszych wykonawców i dzięki temu np. drogi powstają szybciej i oszczędniej, to w zasadzie wszystko jedno, jaki jest powód takiej przewagi konkurencyjnej. Co najwyżej w efekcie chiński rząd sfinansuje polską infrastrukturę. Czy redaktor “Rzeczpospolitej” miałby coś przeciw temu? Ja nie…

4. Właśnie oglądnąłem w telewizji film poświęcony epizodowi z pierwszej wojny światowej (ponoć oparty na faktach). Ponieważ filmy o tej wojnie są względnie rzadkie w porównaniu do tych o drugiej światowej, była to dla mnie pewna gratka. Tytuł: “Zaginiony batalion”. Film produkcji amerykańskiej, więc oczywiście bohaterami byli żołnierze z Ameryki. No i dobrze, nie mam nic przeciwko. Było trochę patosu i apoteozy bohaterstwa zwykłych chłopców z USA. W porządku - lubię to. Wszystko oglądało mi się dość dobrze aż do pewnego momentu. Była nim scena, w której szeregowiec Krotoshinsky (Krotosiński, jak się domyślamy) odpiera zarzuty swojego kolegi, jakoby nie był żadnym Amerykaninem, a Polakiem. Argumentuje, że zdał test (dla imigrantów), więc jest Amerykaninem. W domyśle Ameryka jawi się jako otwarty kraj wolnych ludzi. Już się miałem wzruszyć, co lubię robić na takich filmach, kiedy Krotoshinsky dodał, że Polakiem to on jest tylko w Ameryce, bo w Polsce to był Żydem i robił buty dla oficerów (cytuję z pamięci). Bardzo to ciekawe, biorąc pod uwagę, że jest pierwsza wojna światowa, a Polska od przeszło stu lat nie istnieje jako państwo. Przywołanie więc żydowskiego emigranta z Polski jako reprezentatywnej postaci wyzwolonego z opresji pariasa wydaje się łagodnie mówiąc pewną przesadą. Ale na pewno znakomicie wpasowuje się w starannie wyżłobione syjonistyczną propagandą koleiny historycznych wyobrażeń Amerykanów (i nie tylko). No cóż, cieszmy się, że Stany Zjednoczone nie istniały już np. w czasie wojny stuletniej. Wtedy bowiem mogłoby się okazać w jakimś filmie, że amerykańscy ochotnicy zasilili angielskich łuczników pod Crecy, a wśród nich byłby zbiegły przed okrutnymi prześladowaniami króla Kazimierza Żyd.

I tym optymistycznym akcentem kończymy subiektywny przegląd medialnych skrawków.


2010-02-23 22:42

Płetwy dla ludzi bez stóp?

Pozostańmy jeszcze w klimatach sportowych, tak jak w poprzednim wpisie. Oto media donoszą o nagłośnionej przez Justynę Kowalczyk sprawie przyjmowania przez zawodniczki z jej dyscypliny leków poprawiających wydolność płuc. Te leki formalnie dozwolone są dla tych narciarek, które cierpią na astmę. Pomińmy już nawet fakt, że wiarygodność tego  “cierpienie” jest nietrudna dla żadnego Polaka do przeniknięcia. W końcu znaczna część naszego społeczeństwa równie głęboko “cierpi” na mniej lub bardziej straszliwe schorzenia będące cenioną żyłą stałego dochodu. Nawet jednak pominąwszy ten aspekt zagadnienia, pozostaje coś, co określić można tylko jako jeden wielki sportowy nonsens. A właściwie - nonsens logiczny.

Gdzie tu bowiem konsekwencja i spójność? Wygląda to tak: substancja X jest zabroniona. Jednak dla chorych na chorobę Y jest ona dozwolona. Celem jest zapewne “wyrównanie szans”. W przeciwnym razie cierpiący na Y nie mogliby profesjonalnie uprawiać danej dyscypliny. No i fajnie, tyle że łączny efekt X i Y może z kolei zaburzać równe szanse na korzyść chorych. (A już na pewno będzie tak w przypadku “chorych” - tych z cudzysłowiem.) To mniej więcej tak, jakby pływacy bez stóp mogli sobie legalnie montować płetwy. Rozwiązania mogą być dwa - albo pewne substancje, zabiegi, itp. są zabronione dla wszystkich, albo dla wszystkich dopuszczone. Inaczej mamy jakiś mętną sytuację, która sprzyja nadużyciom.

Niestety, zdaje się podobnie klarowne podejście staje się coraz mniej typowe na naszym pięknym świecie. I to, jak wiadomo, nie tylko w sporcie. Różnego rodzaju ideologie, sentymenty i emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Dorzucić jeszcze trzeba korupcję oraz - co wcale nie najmniej istotne -  słabość umysłów.


2010-02-22 18:24

Dlaczego bazgrzemy po fladze?

Duże imprezy sportowe, takie jak toczące się właśnie zimowe igrzyska olimpijskie, ponownie zwracają moją uwagę na zjawiska z zakresu narodowej kultury kibicowania. Tym razem natrętnie drażni mnie zjawisko bazgrania po flagach. Zjawisko oczywiście nie nowe, choć powiedziałbym - przybierające na sile. Z jakiegoś powodu naszym rodakom wydaje się, że jeśli na trzymanej przez siebie fladze napiszą, dajmy na to, “Oborniki Dolne”, to ich udział w wydarzeniu stanie się pełniejszy i godny zapamiętania. Być może nawet uważają, że cały świat owe Oborniki zauważy i doceni, że tam mieszkają krajanie wybitnego sportowca lub drużyny. No cóż, motywy są dość banalne i podobne chyba do tych, które powodują młodocianymi autorami napisów na murach typu “Antek tu był” czy też, w mniejszym może stopniu, smarowaczami tzw. graffti na murach miast. Niestety, efekt jest podobnie żałosny. Jest nim zaśmiecanie przestrzeni publicznej oraz degradacja symbolu wspólnoty, którym jest flaga narodowa. Marne pocieszenie w tym, że, jak ostatnio zauważyłem, niemieckim kibicom zdarza się robić to samo. Być może się mylę, ale mam wrażenie, że nasi robią to ze szczególnym upodobaniem, tak że właściwie nie widuje się już “czystych” polskich flag na trybunach. Świadczyć by to mogło o szczególnym wśród Polaków nasileniu prowincjonalnych kompleksów, co skąninąd nie jest kostatacją nową. Dodatkowym czynnikiem może być to, że nasza flaga ma duże białe pole, które przecież aż się prosi, żeby je twórczo zagospodarować, a nie zostawiać bez sensu odłogiem. Przypuszczam, że tak samo działa świeżo odmalowana jasna ściana budynku na miejskiego wandala. Oglądałem wczoraj mecz hokejowy Kanada-USA. Mecz był znakomitym widowiskiem, a żadna z wielu flag nie była pobazgrana. Można wprawdzie powiedzieć, że ani Amerykanie, ani Kanadyjczycy nie mają na swoich flagach miejsca do pisania, jednak myślę, że nie tylko to ich powstrzymuje. Szacunek dla własnej społeczności i samego siebie to chyba najważniejsze powody, dla których trudno sobie wyobrazić Amerykanina bazgrającego po swojej fladze.


2010-02-16 18:56

Dlaczego partie zaniedbują sygnały?

Tak jak było zapowiadane, prezydent Kaczyński powołał Adama Glapińskiego na jednego z członków Rady Polityki Pieniężnej. Jest to już kolejne powołanie niekompetentnego osobnika “z tego rozdania” do wymienionej instytucji. Pierwszym przypadkiem był, bagatela, jej przewodniczący. To zestawienie nie pozwala patrzeć przez palce na decyzję pana prezydenta. Nawet jeśli przyjąć, że wymogi realpolitik sprawiają, że “zaśmiecanie” kluczowych instytucji jest w jakmś stopniu nieuchronne, to wydaje się, że trochę go tu za dużo. Jeśli już jednak o politycznych tego aspektach, to rzecz jest nieco dziwna.

No bo zastanówmy się. Naczelnym hasłem braci Kaczyńskich był demontaż układów (w ich wersji: Układu) oraz walka z korupcją i przywrócenie właściwego działania instytucji państwa. Politycznie motywowane nominacje ludzi o słabych kompetencjach stoją z tymi celami w jawnej sprzeczności. A przecież każda partia powinna dbać o wizerunek swoich najbardziej widocznych poczynań, tak by stawały się, nazwijmy to, jej znakami probierczymi w oczach wyborców. Chodziłoby o zasygnalizowanie im, że mimo nieuchronnych w polityce trudności partia pozostaje wierna swojej zasadniczej misji. Czemu więc takie jawne zaniedbania pod tym względem? Dla porządku dodajmy, że dopuszcza się ich też na całego druga naczelna siła naszej polityki - PO. Jeśli nawet przyjąć, że wersja o oczekiwaniu z reformami na przejęcie pełnej władzy jest prawdziwa, to dlaczego PO nie sygnalizuje już teraz wyborcom, że jej zapał jest szczery? Pierwsze kroki odważnych zmian, a przynajmniej jeden lub dwa projekty co mniej kontrowersyjnych ustaw miałyby znaczenie. A tu nic…

Wyjaśnienie jest zapewne dość jasne. O ile nacisk realpolitik nakazującej nagradzać wiernych stronników (przypadek pana Glapińskiego) jest wiadomy, to działać musi coś jeszcze. A mianowicie lekceważenie dla umysłowego potencjału wyborców. Słuszne lub nie - nie podejmuję się ocenić. Jeśli przyjąć, że oni nie śledzą uważnie istotnych faktów, a jeśli śledzą, to nie rozumieją, to - hulaj realna polityko… I myślę, że tak właśnie widzą to nasi wybrańcy. A w przypadku braci Kaczyńskich jest jeszcze jedna możliwość. Może oni naprawdę uważają pp. Skrzypka i Glapińskiego za pierwszej wody ekspertów?


2010-02-14 20:23

Ciekawy problem

I oto coraz bardziej klaruje nam się zasadniczy wybór, przed którym stoimy. Wybór, o którym już częściowo niedawno wspominałem, mówiąc o naszym prezydenckim dylemacie. Tak jak wtedy napomknąłem, cały problem w swoim właściwym rozmiarze polega na tym, czy zechcemy, zeby Platforma Obywateldska kontynuowała swoje rozpoczęte, jak twierdzi, dzieło reformowania gospodarki, czy też uważamy, że lepiej ograniczać jej wpływ i przekazywać go Prawu i Sprawiedliwości.

Z upływem czasu coraz ciekawiej rysują się za i przeciw każdej z tych opcji. Spróbujmy je pokrótce przeglądnąć.

1. Dlaczego powinniśmy głosowac na PO

Politycy PO, w tym minister finansów, zapowiadają, że mają zamiar przeprowadzić gruntowne reformy gospodarki, z najbardziej naglącą i kluczową naprawą finansów publiczych na czele. Do tego potrzebna jest “sterowna” władza, tzn. możliwość swobodnego przeprowadzania ustaw oraz brak zagrożenia wetem prezydenta. Rzecz jasna, potrzebny jest też czas. Żeby zapewnić te warunki, trzeba wybrać prezydentem polityka PO oraz głosować na nich w następnych wyborach parlamentarnych - najlepiej gdyby partia mogła rządzić samodzielnie. Ponadto PO ma idące generalnie w dobrym kierunku propozycje zmian w konstytucji, dzięki którym rządzenie w Polsce może stać się efektywniejsze, także dla późniejszych zwycięzców. Warto zaryzykować danie szansy PO, zwłaszcza w obliczu konkurencyjnej możliwości. PiS nie daje żadnej gwarancji, że gospodarcze sprawy Polski potoczą się dobrze. Ta partia o wyraźnie lewicowej retoryce okazała się do tej pory wyraźnie niekompetentna, a nawet nieszukająca kompetencji w kwestiach ekonomicznych. Dlatego przekazanie jej władzy wiąże się z ryzykiem zmarnowania determinacji PO do wprowadzania niezbędnych zmian oraz przedłużenia zgubnego dryfu gospodarki.

2. Dlaczego powinniśmy głosować na PiS

Widać wyraźnie, że zapewnienia PO o planach trudnych, ale koniecznych reform są jedynie blefem adresowanym do wrażliwych na te kwestie wyborców. Z lęku przed naruszeniem interesów dużych lub wpływowych grup społecznych żadne fundamentalne zmiany nie są de facto planowane. Proponowane zmiany są ogólnikowe. Konkretów ciągle brak, a stare obietnice maskowane są coraz nowszymi. Prawdopodobnie więc PO będzie robiła to co w prawie wszystkie poprzednie rządy - starała się utrzymać tymczasową stabilność i nic więcej. PiS nie wyróżniło się dotąd kompetencją ekonomiczną, ale po pierwszym okresie rządów bracia Kaczyńscy na pewno wiele się nauczyli. W szczególości dobierać doradców (chociażby Witold Orłowski w otoczeniu prezydenta). Co równie ważne, PiS jest jedyną partią, która postawiła sobie za zadanie ogranicznie korupcji, silnie przecież utrudniającej działalnośc gospodarczą w Polsce. Afera hazardowa pokazuje, że PO daleka jest tu od determinacji, a w najgorszym razie jej najważniejsi działacze sami mogą być uwikłani w korupcyjne zależności. Zdecydowanie PO nie można ufać. Do tej pory zmarnowali mnóstwo czasu, nie próbując nawet stworzyć ani przeforsować projektów potrzebnych do zmian ustaw. Wydaje się, że potencjalne weto prezydenckie było tylko wygodną wymówką. Więcej czasu Polska do stracenia nia ma (zresztą już od dawna).

Tak to mniej więcej wygląda. Ciekawy dylemat, prawda? Osobiście wolałbym, żeby był mniej ciekawy…


2010-01-15 16:32

Który wybór będzie właściwy?

Zaczął się nam nowy rok, w którym to staniemy przed istotną decyzją polityczną. Będzie nią oczywiście wybór prezydenta Rzeczypospolitej. Waga tego wyboru nie polega przy tym na określeniu, kogo chcemy konkretnie widzieć w na tym stanowisku, a raczej którą partię w ten sposób wspomożemy. Nasz głos będzie bowiem zaopiniowaniem dotychczasowych rządów i propozycji PO oraz PiS (pozostali kandydaci się, jak wiadomo, nie liczą). W ten sposób może on, co najważniejsze, wpłynąć na dalszy układ sił w parlamencie i rządzie, a więc najważniejszych ośrodkach władzy.

Dylemat nie będzie łatwy do rozstrzygnięcia. Oto mamy z jednej strony partię rzekomo liberalną, a w istocie szaroburą, która zręcznie i skutecznie unika ważnych decyzji - wiedząc, że naruszyłyby święty spokój wyborców. Z drugiej zaś - wyraźnie lewicową, choć w wymiarze “obyczajowym” konserwatywną opozycję. Opozycję, która miała już niedawno okazję rządzić i efekty były raczej umiarkowane.

No dobrze - nie brzmi to zbyt ciekawie, dodajmy więc nieco przyprawy. Jest nią mniej lub bardziej aluzyjne sugerowanie wyborcom przez PO, że prawdziwe rządy zaczną się dopiero, kiedy opanuje ona również pałac prezydencki. Wtedy zniknie niebezpieczeństwo prezydenckiego weta, a ulepszanie kraju rozpocznie się na dobre. Za głośno się tego nie mówi - żeby nie burzyć świętego spokoju rzecz jasna. Ale szepcze się do uszka światlejszemu wycinkowi targetu. Temu, który zanadto mógłby się przejąć coraz widoczniejszą prasową krytyką rzadzących albo, nie daj Boże, zdolny jest do własnych przemyśleń. I tak na przykład rządowy człowiek od czarnej roboty (tym razem nie jest to donosicielstwo) Michał Boni tłumaczył ostatnio ostrożnie (na łamach “Newsweeka”), że wszystko w swoim czasie, bo proces reformowania musi uwzględniać uwarunkowania politycznego kalendarza. Ale rząd o wszystkim myśli i ma plany. Jednym słowem: wybierzcie nam tylko Tuska, a zaraz pochylimy czoła w żmudnej propaństwowej robocie, którą zmodernizujemy Polskę.

Jest to oczywiście propozycja spójna i zrozumiała. Pytanie tylko czy wiarygodna. Byłaby zaperwne bardziej taką, gdyby rządząca partia już do tej pory rozpoczęła konkretną reformatorską pracę. Gdyby przynajmniej zaczęła poszerzać obszary wolności i próbowała naprawić porządek instytucjonalny. Jakoś tak się składa, że dotychczas to nie nastąpiło. Zamiast tego mamy intensywnie żonglowanie w obliczu narastającej nierównowagi finansów publicznych. A Rysie i inne misie łowią ryby w mętnej wodzie, o czym dowiedzielismy się dość w sumie przypadkowo.

Rzućmy więc okiem na opozycję. Bracia Kaczyńscy ucząc się na doświadczeniu, starają się zaprezentować jako ludzie poważnie myślący o losach kraju. Dlatego zarówno wokół prezydenta, jak i szefa partii powstały sztaby ludzi mających stanowić zaplecze intelekualne. To oczywiście bardzo dobry objaw. Miejszy entuzjazm budzi czasem nadmiernie moim zdaniem “pstrokaty” dobór ludzi, który skłania do wątpliwości, czy dane ciał dojdzie do jakichś jednoznacznych i wartościowych konkluzji. Zwłaszcza dotyczy to sztabu prezydenckiego. Do jego zaufanych ludzi nadal należą panowie Glapiński i Bugaj. Ten ostatni jest też niestety kandydatem do Rady Polityki Pieniężnej. A więc widmo kopalnej lewicy ciągle straszy. Dla zrównoważenia PiS zgłasza postulaty zmian w konstytucji. Te dla odmiany stanowią osobliwą mieszankę myślenia w kategoriach kopalnego konserwatyzmu z lewicowym magicznym myśleniem. To ostatnie każe uważać, że jak się coś “słusznego” zapisze w konstytucji, to powszechna szczęśliwość zaraz wzrośnie. W oczywisty sposób prowadzi to do degeneracji ustawy zasadniczej. Wprawdzie ogłaszanie tego typu planów może być tylko mruganiem okiem do targetu, ale zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś to weźmie na poważnie.

Czy mamy więc powody, żeby wierzyć w to, ze bracia Kaczyńscy polepszyli swoje intelektualne przygotowanie do wyzwań współczesności, zwłaszcza w wymiarze gospodarczym? Wydaje się, że rozsądne będzie tu zachowanie pewnej rezerwy.

Jak widać wybór będziemy mieć trudny. Możemy albo sprawdzić karty PO i przekonać się, czy zapewnienia o reformach są tylko blefem, czy nie, albo ukarać rządzących już teraz za ich wybitne asekuranctwo. W tym drugim przypadku rzucimy się w nieznane wody zacnej, ale nieco skamieniałej umysłowości braci Kaczyńskich. Który wybór jest właściwy? Powiem szczerze - nie wiem.


2009-12-31 16:18

Czego życzyć sobie w Nowym Roku?

Nowy rok nadejdzie już niemal za chwilę. Zwykle przy tej okazji wypowiada się życzenia i wyjawia oczekiwania. Zróbmy więc to i my. Ponieważ jednak ten blog ma charakter spoleczno-gospodarczo-polityczny (przynajmniej na ogół), to skoncentrujmy się na tego typu sprawach.

O postulatach ulepszeń lub życzeniach co do kierunku przyszłych tendencji każdy zapewne mógłby mówić dużo. Ja też. Mimo to wybierzmy jedną rzecz, żeby zachować cenną zwięzłość i nie popaść w wyczerpanie jeszcze przed noworocznym toastem.

Mimo obfitości spraw wybór nie wydaje się trudny. Jest jeden problem, którego rozwiązanie byłoby w najwyższym stopniu korzystne. Problem ten ponadto przywołuje automatycznie pewną ogólniejszą kwestię, której rozstrzygnięcia również można sobie życzyć.

Jaki to problem? No cóż, nie jestem oryginalny - to problem uwolnienia naszego kraju z łańcuchów nadmiernych wydatków państwa. I nie tylko naszego - jest to przecież, jak wiadomo, powszechna plaga krajów Zachodu. Wiele się o tym ostatnio mówi. Refleksja, rzec można, trochę po niewczasie, no ale lepiej późno niż wcale. Byle zdążyć przed katastrofą.

Ale wypowiadając to życzenie musimy sięgnąć trochę głębiej i wypowiedzieć następne. Ono przeniesie nas na przecięcie jak najbardziej praktycznej płaszczyzny bieżącej polityki i gospodarki ze światem dociekań o naszej naturze i sposobach działania społeczeństw. Najogólniej wyraziłbym to życzenie tak: Oby udało się skutecznie oddzielić decyzje, z którymi demokratyczny ogół radzi sobie nie najlepiej, od pozostałych. Te pierwsze zaś niech powierzone zostaną dobrze zaprojektowanym instytucjom. Nie wątpię, że to byłaby własciwa droga do rozwiązania problemu uporczywego wzrostu długu publiczngo. (Ale nie tylko. ) Dodatkowo moglibyśmy jeszcze pomarzyć o tym, żeby kopalna lewica i kopalna prawica w końcu na dobre opuściły rynek idei i praktycznej polityki na rzecz pomysłów zgodnych ze współczesną wiedzą o człowieku. I jeszcze może dorzućmy odpowiednie wyważenie rozsądnych i nie nadmiernie licznych odgórnych decyzji z potrzebą wolności i spontanicznego rozwoju, jak np. w integracji europejskiej. I może jeszcze…

No tak, mieliśmy się nie rozpędzać. Lepiej więc już wyciszmy umysł i poczekajmy w odprężeniu na nowy rok.


2009-12-19 17:14

Czy ocieplenie jest nielogiczne?

Nie zajmuję żadnego stanowiska co do meritum dyskusji na temat globalnego ocieplenia. Nie mam po prostu odpowiedniej wiedzy. Wolałbym, żeby scenariusz zagrożenia spowodowanego ludzką działalnością nie był prawdziwy. Uniknąć można by wówczas wielu kosztów. Niestety, wcale tak być nie musi.

Generalnie problem jest natury empirycznej. Jednak co niektórzy przeciwnicy wizji globalnego ocieplenia (WGO) argumentują, że jest ona po prostu nielogiczna, a przynajmniej niespójna w inną wiedzą, którą mamy. Takie stanowisko zasługuje na uwagę, bo często zajmują je ludzie inteligentni i rzeczowi.

Oto na przykład pan Robert Gwiazdowski na swoim blogu (http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=703) wysuwa tego rodzaju twierdzenia. Zarzuca on zwolennikom WGO “brak elementarnej logiki”. Dostrzega sprzeczność między tym, że walczący z globalnym ociepleniem są zwykle jednocześnie “zwolennikami ewolucji”. Pomińmy fakt, że “zwolennik ewolucji” brzmi trochę jak “zwolennik okrągłej ziemi”, bo nie o to teraz chodzi. Pan Gwiazdowski argumentuje następująco: “(…) ewolucję przeżywały nie tylko gatunki zamieszujące Ziemię, lecz i sama Ziemia. W jej historii bywało już cieplej i bywało zimniej. Dlaczego teraz ma się to nie powtórzyć?” oraz “Jeżeli dzisiejsza cywilizacja ma być końcem ewolucji - to jest to sprzeczne z podstawowym założeniem teorii ewolucji!”

Niestety, kłopoty z logiką ma tutaj sam pan Gwiazdowski. Z tego, że na Ziemi w nauralny sposób następują wahania klimatu nie wynika, że obecnie nie stoimy przed możłiwoscią niebezpiecznego wahnięcia spowodowanego naszą własną działalnością. Jeśli dane zjawisko ma przyczynę A, to wcale nie znaczy, że nie może mieć przyczyny B. W przypadku drugiego argumentu mamy natomiast do czynienia z mieszaniem porządku opisowego z wartościującym. Z tego, że na Ziemi miały już miejsce kataklizmy, które zapewne wpływały na przebieg ewolucji, nie wynika, że mamy biernie czekać na własną zagładę. Jeśli nawet nasza cywilizacja nie jest ukoronowaniem ewolucji (miejmy zresztą taką nadzieję), to wcale nie jest pewne, czy starcie nas z powierzchni planety pomogłoby ulepszyć sprawy z punktu widzenia… No właśnie. Z jakiego punktu widzenia? Tu argumentacja Roberta Gwiazdowskiego dziwnie zbliża się do mitologii zielonych, których próbuje zwalczać.

To tylko pierwszy z brzegu przykład braku logiki w dyskusji na temat WGO. Jednak dość reprezentatywny. Podam tylko jeszcze jeden, charakterystyczny. Argument brzmi: “Emisja dwutlenku węgla przez człowieka to tylko niewielki ułamek zawartości tego związku w ekosferze”. Nietrudno zauważyć, że jeśli nawet to prawda, to nie rozstrzyga to sporu. Może być tak, że akurat ta niewielka dodatkowa ilość ma krytyczne znaczenie dla wyzwolenia pewnych procesów. Nie wiem, czy tak jest w istocie, ważne, że tak być może z punktu widzenia logiki.

Bywa tak, że ci, którzy wzywają innych do zachowania rygorów logiki, sami są z nią cokolwiek na bakier. Dosyć to zagadkowe w przypadku ludzi, których zawodem jest myślenie. Widać, kiedy dyskusja wyzwala duże emocje, rozum zasnuwa mgiełka.


2009-12-16 23:40

Tygrysy w lesie kłamstw

To bardzo zabawne, jak uparcie ludzie negują pewne oczywistości. Podobno amerykańscy komentatorzy gubią się w zawikłanych domysłach co do powodów i uwarunkowań intensywnej aktywności erotycznej pana Tigera Woodsa. Co niektórzy biadają przy tym nad upadkiem wizerunku modelowgo życia rodzinnego sławnego golfisty. No cóż, pamiętam, że podobnie wiele osób nie dawało wiary lekcjom gry na saksofonie, których prywatnie udzielał prezydent Clinton pannie Lewinsky. U nas z kolei mamy przypadek nieszczęsnego senatora Piesiewicza, który pechowo nie tylko zadawał się z dziwkami, ale jeszcze wciągał i w dodatku (to chyba dla niego samego najgorsze) przebrany był w damskie łaszki.

O ile pewne nietypowe okoliczności przypadku pana Piesiewicza faktycznie mogą zaskakiwać, to ogólnie nie ma absolutnie nic dziwnego w bujnym życiu seksualnym ludzi sukcesu. W istocie pęd do zdobycia zasobów, władzy, czy też sławy wykształcił się po to, żeby zostawiać więcej kopii swoich genów, a nie mniej. (Precyzyjniej: dlatego, że geny temu zachowaniu sprzyjające skutecznie się rozprzestrzeniały.) To właśnie gdyby taki Tiger Woods na przykład prowadził życie zatwardziałego monogamisty, należałoby uznać za przypadek zagadkowy, a wręcz nienormalny. To, że na ogół nie dowiadujemy się o różnych ciekawych szczegółach z życia ludzi na szczycie, wynika wyłącznie z ich dbałości o nieeksponowanie tychże. Ewentualnie możemy mieć do czynienia z kulturowo warunkowanym nastawieniem mediów, żeby o pewnych rzeczach raczej nie mówić. Tak podobno jest we Francji w odniesieniu do osób publicznych.

Notoryczne dziwienie się tudzież hipokryzja w stosunku do rewelacji z życia innych to zjawiska w pełni wytłumaczalne. To jednak temat na odrębny wątek. Dzisiaj zastanówmy się, czy obyczajowe skandale powinny mieć wpływ na karierę polityków. Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź. Na pewno z punktu widzenia skuteczności i jakości pracy polityka nie ma znaczenia, z kim sypia. Problemy mogą pojawić się gdzie indziej. W czasie wspomnianej afery z Moniką Lewinsky, wiele było głosów wzywających prezydenta USA do dymisji (m.in. postulował to tygodnik “The Economist”). Ale nie z powodów samych lekcji gry na saksofonie (tudzież posługiwania się cygarem, jak pamiętamy) - wg tego kryterium pewnie wszystkich lub prawie wszystkich prezydentów czekałby impeachment - ale po prostu dlatego, że prezydent kłamał przed narodem. Innym niebezpieczeństwem jest to, że dana osoba może być szantażowana (tak jak stało się to losem pana Piesiewicza). Wydaje mi się, że konkretne przypadki trzeba rozstrzygać osobno. Jeśli np. komuś kochankę podłożył obcy wywiad, to dymisja musi być natychmiastowa. Co do kłamstwa, to w zasadzie powinno ono również dyskwalifikować. Jednak panu Clintonowi wyborcy momentalnie przebaczyli i byli jego dymisji przeciwni. Dlatego uważałem wtedy, że nie należy go usuwać z urzędu. Jeszcze inny przypadek to łamanie prawa. Senator Piesiewicz przyjmował nielegalne narkotyki. Pomijam problem sensowności zabraniania przez prawo narkotyków przez dorosłą osobę. Jednak kiedy polityk współtworzący prawo nie przestrzega go, to mamy pewien dysonans.

I jeszcze jedna refleksja odnośnie kłamstwa. Oczywiste jest, że prawdomówność bywa dla polityka gorsza. W szczególny sposób przekonał się o tym premier Węgier, kiedy przeciekły materiały z narady partyjnej, w czasie której przypominał swoim towarzyszom, że partia kłamała na potęgę w czasie kampanii wyborczej. Na zdrowy rozum taka rewelacja powinna popularność polityka zwiększyć. Przecież demonstrował powagę sytuacji (chodziło o sprawy gospodarcze) i poniekąd nawoływał do opamiętania. Ale wyborcy jakoś tego nie docenili i zamiast uznaniem odpowiedzieli masowymi protestami. Zdaje się, że stan upojnego kłamstwa, którego lepiej nie weryfikować, był dla nich milszy. Tak samo jak dla nas wmawianie sobie, że na miejscu pana Tigera spędzalibyśmy wszystkie wieczory w domu z rodziną przy kominku.


2009-12-03 17:41

Co myśleć o traktacie?

Banałem jest stwierdzenie, że traktat lizboński (dlaej TL) wywołał wiele kontrowersji. Powiedzmy od razu, że najzupełniej słusznie. Ten nader obszerny dokument, zwany też “europejską konstytucją” został przedstawiony przez swoich zwolenników jako przełomowy krok niezbędny do dalszego rozwoju Europy, a przez przeciwników odmalowany jako zamach na niezależność pańśtw narodowych i rzucenie ich w paszczę brukselskiej biurokracji. Nic dziwnego, że wyrobienie sobie własnej opinii było dla przeciętnego europejskeigo nader trudne, a czasem opinia taka była od niego wymagana w procesie legislacyjnym. Co więc sądzić o traktacie?

Przyznam się od razu, że nie należę do tego ułamka ludzkości, który traktat czytał. Nie mogę więc siłą rzeczy mieć zdania na temat wielu dotyczących go kwestii. Na szczęście jednak istnieją pewne ogólne kryteria, które mogą rzucić tu trochę światła. Spróbujmy je rozpatrzeć.

Przede wszystkim przy ocenie danego aktu prawnego musimy mieć na względzie jego cel. W tym wypadku musimy zapytać, jaka postać Unii Europejskiej (dalej w skrócie: Europy) jest pożądana.  Następne pytanie brzmi, czy środki są właściwe do osiągnięcia celu. Nie mam pojęcia, jaka jest odpowiedź na te pytania w kontekście TL. Zdaje się jednak, że cokolwiek mglista. Poniekąd jest to zrozumiałe. Społeczeństwo (wielonarodowe w tym wypadku) jest tworem tak skomplikowanym, że wytyczanie mu dokładnej ścieżki, a następnie oczekiwanie, że po niej podąży, jest zamiarem jałowym. Być może częściowo stąd wynika “otwarty” charakter traktatu, o którym mówią “uczeni w piśmie”. Otwartość byłaby więć cechą pożądaną. Jednak towarzyszy jej niebezpieczeństwo. Wzmocnienie instytucji ne poziomie europejskim może sprzyjać nadużywaniu wpływu przez najsilniejszych graczy (najsilniejsze politycznie państwa) oraz z drugiej strony nadmiernemu władzy amorficznej europejskiej administracji o niejasnej odpowiedzialności. (To drugie wydaje się możliwe nawet mimo wzmocnienia pozycji polityków i partii wybieranych w poszczególnych krajach).

Co z tego wynika? Moim zdaniem to, że potrzebna byłaby Europie rzeczywista konstytucja, w tradycyjnym liberalnym duchu. A więc dokument chroniący obywateli przed państwem. W tym wypadku - superpańswtem. Określający, czego “Europie” nigdy nie będzie wolno zrobić. Taki dokument może - i musi - być zwięzły i relatywnie zrozumiały dla szerokiej publiczności. Dopiero po zakreśleniu takich ograniczających ram powinno się przystępować do prób konstrukcji ściślejszego europejskiego quasi-państwa. Tymczasem TL skupił się na tworzeniu nowego ładu instytucjonalnego, który albo zadziała dobrze, albo nie. Takie działania bez wpowadzenia wcześniej systemu “bezpieczników” są zawsze ryzykowne. Dlatego, że nie wiemy, czy określony projekt będzie funkcjonował zgodnie z założeniami. Musimy pamiętać, że nasza wiedza o tworzeniu właściwego porządku instytucjonalnego jest nader ograniczona. Każdy taki porządek kształtuje się wyniku wypadkowej wielu czynników i ineresów, których rezultat trudno przewidzieć.

Swego czasu tygodnik “The Economist” wzywał, żeby projekt TL jako “europejskiej konstytucji” wyrzucić do kosza ze względu na jego rozmiary i mętność. Myślę, że to faktycznie było właściwe rozwiązanie, ale nie doczekaliśy się go i teraz pozostaje mieć nadzieję, że “otwartość” zadziała w dobrą stronę. A przede wszystki należy próbować mieć na to aktywny wpływ. Najważniejsze zaś to pamiętać, że klucz do większości naszych wyzwań i problemów leży tutaj, w Polsce, a nie na szczeblu europejskim.

Na koniec przykład nieporozumienia wiążącego się z tą ostatnią kwestią. Oto pani Jadwiga Staniszkis, którą osobiście uważam za rozsądą euroentuzjastkę, mającą wiele interesującyh opinii, powiedziała (m.in. na łamach “Europy”, dodatku do “Newsweeka”), że zagrożeniem dla nas jest egozim mający nasilić się w Europie w wyniku kryzysu i wykorzystania otawrtości TL na swoją korzyść. Według tej wizji silne kraje Europy zmiejszą stopień wspierania nowych członków UE, wyłączając je jednocześnie z zakresu swojej polityki przemysłowej - rozumianej tu jako wspieranie szybkiego rozwoju nowoczesnych technologii. Wynikiem miałoby być pozostanie Polski na peryferiach. No cóż, sądzę, że pani Staniszkis przecenia rolę czynników zewnętrznych w rozwoju naszego kraju. Tym bardziej, że nie jest wcale pewne, na ile ta europejska “polityka przemysłowa” okaże się skuteczna. Co do zaś europejskiej pomocy, to może ona być czynnikiem dynamizującym wzrost, ale nie jest jego ani koniecznym, ani wystarczającym warunkiem. Muszę przyznać, że straszenie coraz bardziej inetgrującym się gospodarczo europejskim “jądrem” zawsze mnie śmieszyło. Dopóki nie spowoduje to politycznej marginalizacji interesów Polski, ani nie będzie oznaczało protekcjonizmu, niekoniecznie widzę większe zagrozenia takiego scenariusza. Najważniejsze to określić własne interesy i je realizować. Ale interesy kraju, a nie grup nacisku wewnątrz niego.