Który wybór będzie właściwy?
Zaczął się nam nowy rok, w którym to staniemy przed istotną decyzją polityczną. Będzie nią oczywiście wybór prezydenta Rzeczypospolitej. Waga tego wyboru nie polega przy tym na określeniu, kogo chcemy konkretnie widzieć w na tym stanowisku, a raczej którą partię w ten sposób wspomożemy. Nasz głos będzie bowiem zaopiniowaniem dotychczasowych rządów i propozycji PO oraz PiS (pozostali kandydaci się, jak wiadomo, nie liczą). W ten sposób może on, co najważniejsze, wpłynąć na dalszy układ sił w parlamencie i rządzie, a więc najważniejszych ośrodkach władzy.
Dylemat nie będzie łatwy do rozstrzygnięcia. Oto mamy z jednej strony partię rzekomo liberalną, a w istocie szaroburą, która zręcznie i skutecznie unika ważnych decyzji - wiedząc, że naruszyłyby święty spokój wyborców. Z drugiej zaś - wyraźnie lewicową, choć w wymiarze “obyczajowym” konserwatywną opozycję. Opozycję, która miała już niedawno okazję rządzić i efekty były raczej umiarkowane.
No dobrze - nie brzmi to zbyt ciekawie, dodajmy więc nieco przyprawy. Jest nią mniej lub bardziej aluzyjne sugerowanie wyborcom przez PO, że prawdziwe rządy zaczną się dopiero, kiedy opanuje ona również pałac prezydencki. Wtedy zniknie niebezpieczeństwo prezydenckiego weta, a ulepszanie kraju rozpocznie się na dobre. Za głośno się tego nie mówi - żeby nie burzyć świętego spokoju rzecz jasna. Ale szepcze się do uszka światlejszemu wycinkowi targetu. Temu, który zanadto mógłby się przejąć coraz widoczniejszą prasową krytyką rzadzących albo, nie daj Boże, zdolny jest do własnych przemyśleń. I tak na przykład rządowy człowiek od czarnej roboty (tym razem nie jest to donosicielstwo) Michał Boni tłumaczył ostatnio ostrożnie (na łamach “Newsweeka”), że wszystko w swoim czasie, bo proces reformowania musi uwzględniać uwarunkowania politycznego kalendarza. Ale rząd o wszystkim myśli i ma plany. Jednym słowem: wybierzcie nam tylko Tuska, a zaraz pochylimy czoła w żmudnej propaństwowej robocie, którą zmodernizujemy Polskę.
Jest to oczywiście propozycja spójna i zrozumiała. Pytanie tylko czy wiarygodna. Byłaby zaperwne bardziej taką, gdyby rządząca partia już do tej pory rozpoczęła konkretną reformatorską pracę. Gdyby przynajmniej zaczęła poszerzać obszary wolności i próbowała naprawić porządek instytucjonalny. Jakoś tak się składa, że dotychczas to nie nastąpiło. Zamiast tego mamy intensywnie żonglowanie w obliczu narastającej nierównowagi finansów publicznych. A Rysie i inne misie łowią ryby w mętnej wodzie, o czym dowiedzielismy się dość w sumie przypadkowo.
Rzućmy więc okiem na opozycję. Bracia Kaczyńscy ucząc się na doświadczeniu, starają się zaprezentować jako ludzie poważnie myślący o losach kraju. Dlatego zarówno wokół prezydenta, jak i szefa partii powstały sztaby ludzi mających stanowić zaplecze intelekualne. To oczywiście bardzo dobry objaw. Miejszy entuzjazm budzi czasem nadmiernie moim zdaniem “pstrokaty” dobór ludzi, który skłania do wątpliwości, czy dane ciał dojdzie do jakichś jednoznacznych i wartościowych konkluzji. Zwłaszcza dotyczy to sztabu prezydenckiego. Do jego zaufanych ludzi nadal należą panowie Glapiński i Bugaj. Ten ostatni jest też niestety kandydatem do Rady Polityki Pieniężnej. A więc widmo kopalnej lewicy ciągle straszy. Dla zrównoważenia PiS zgłasza postulaty zmian w konstytucji. Te dla odmiany stanowią osobliwą mieszankę myślenia w kategoriach kopalnego konserwatyzmu z lewicowym magicznym myśleniem. To ostatnie każe uważać, że jak się coś “słusznego” zapisze w konstytucji, to powszechna szczęśliwość zaraz wzrośnie. W oczywisty sposób prowadzi to do degeneracji ustawy zasadniczej. Wprawdzie ogłaszanie tego typu planów może być tylko mruganiem okiem do targetu, ale zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś to weźmie na poważnie.
Czy mamy więc powody, żeby wierzyć w to, ze bracia Kaczyńscy polepszyli swoje intelektualne przygotowanie do wyzwań współczesności, zwłaszcza w wymiarze gospodarczym? Wydaje się, że rozsądne będzie tu zachowanie pewnej rezerwy.
Jak widać wybór będziemy mieć trudny. Możemy albo sprawdzić karty PO i przekonać się, czy zapewnienia o reformach są tylko blefem, czy nie, albo ukarać rządzących już teraz za ich wybitne asekuranctwo. W tym drugim przypadku rzucimy się w nieznane wody zacnej, ale nieco skamieniałej umysłowości braci Kaczyńskich. Który wybór jest właściwy? Powiem szczerze - nie wiem.