Banałem jest stwierdzenie, że traktat lizboński (dlaej TL) wywołał wiele kontrowersji. Powiedzmy od razu, że najzupełniej słusznie. Ten nader obszerny dokument, zwany też “europejską konstytucją” został przedstawiony przez swoich zwolenników jako przełomowy krok niezbędny do dalszego rozwoju Europy, a przez przeciwników odmalowany jako zamach na niezależność pańśtw narodowych i rzucenie ich w paszczę brukselskiej biurokracji. Nic dziwnego, że wyrobienie sobie własnej opinii było dla przeciętnego europejskeigo nader trudne, a czasem opinia taka była od niego wymagana w procesie legislacyjnym. Co więc sądzić o traktacie?
Przyznam się od razu, że nie należę do tego ułamka ludzkości, który traktat czytał. Nie mogę więc siłą rzeczy mieć zdania na temat wielu dotyczących go kwestii. Na szczęście jednak istnieją pewne ogólne kryteria, które mogą rzucić tu trochę światła. Spróbujmy je rozpatrzeć.
Przede wszystkim przy ocenie danego aktu prawnego musimy mieć na względzie jego cel. W tym wypadku musimy zapytać, jaka postać Unii Europejskiej (dalej w skrócie: Europy) jest pożądana. Następne pytanie brzmi, czy środki są właściwe do osiągnięcia celu. Nie mam pojęcia, jaka jest odpowiedź na te pytania w kontekście TL. Zdaje się jednak, że cokolwiek mglista. Poniekąd jest to zrozumiałe. Społeczeństwo (wielonarodowe w tym wypadku) jest tworem tak skomplikowanym, że wytyczanie mu dokładnej ścieżki, a następnie oczekiwanie, że po niej podąży, jest zamiarem jałowym. Być może częściowo stąd wynika “otwarty” charakter traktatu, o którym mówią “uczeni w piśmie”. Otwartość byłaby więć cechą pożądaną. Jednak towarzyszy jej niebezpieczeństwo. Wzmocnienie instytucji ne poziomie europejskim może sprzyjać nadużywaniu wpływu przez najsilniejszych graczy (najsilniejsze politycznie państwa) oraz z drugiej strony nadmiernemu władzy amorficznej europejskiej administracji o niejasnej odpowiedzialności. (To drugie wydaje się możliwe nawet mimo wzmocnienia pozycji polityków i partii wybieranych w poszczególnych krajach).
Co z tego wynika? Moim zdaniem to, że potrzebna byłaby Europie rzeczywista konstytucja, w tradycyjnym liberalnym duchu. A więc dokument chroniący obywateli przed państwem. W tym wypadku - superpańswtem. Określający, czego “Europie” nigdy nie będzie wolno zrobić. Taki dokument może - i musi - być zwięzły i relatywnie zrozumiały dla szerokiej publiczności. Dopiero po zakreśleniu takich ograniczających ram powinno się przystępować do prób konstrukcji ściślejszego europejskiego quasi-państwa. Tymczasem TL skupił się na tworzeniu nowego ładu instytucjonalnego, który albo zadziała dobrze, albo nie. Takie działania bez wpowadzenia wcześniej systemu “bezpieczników” są zawsze ryzykowne. Dlatego, że nie wiemy, czy określony projekt będzie funkcjonował zgodnie z założeniami. Musimy pamiętać, że nasza wiedza o tworzeniu właściwego porządku instytucjonalnego jest nader ograniczona. Każdy taki porządek kształtuje się wyniku wypadkowej wielu czynników i ineresów, których rezultat trudno przewidzieć.
Swego czasu tygodnik “The Economist” wzywał, żeby projekt TL jako “europejskiej konstytucji” wyrzucić do kosza ze względu na jego rozmiary i mętność. Myślę, że to faktycznie było właściwe rozwiązanie, ale nie doczekaliśy się go i teraz pozostaje mieć nadzieję, że “otwartość” zadziała w dobrą stronę. A przede wszystki należy próbować mieć na to aktywny wpływ. Najważniejsze zaś to pamiętać, że klucz do większości naszych wyzwań i problemów leży tutaj, w Polsce, a nie na szczeblu europejskim.
Na koniec przykład nieporozumienia wiążącego się z tą ostatnią kwestią. Oto pani Jadwiga Staniszkis, którą osobiście uważam za rozsądą euroentuzjastkę, mającą wiele interesującyh opinii, powiedziała (m.in. na łamach “Europy”, dodatku do “Newsweeka”), że zagrożeniem dla nas jest egozim mający nasilić się w Europie w wyniku kryzysu i wykorzystania otawrtości TL na swoją korzyść. Według tej wizji silne kraje Europy zmiejszą stopień wspierania nowych członków UE, wyłączając je jednocześnie z zakresu swojej polityki przemysłowej - rozumianej tu jako wspieranie szybkiego rozwoju nowoczesnych technologii. Wynikiem miałoby być pozostanie Polski na peryferiach. No cóż, sądzę, że pani Staniszkis przecenia rolę czynników zewnętrznych w rozwoju naszego kraju. Tym bardziej, że nie jest wcale pewne, na ile ta europejska “polityka przemysłowa” okaże się skuteczna. Co do zaś europejskiej pomocy, to może ona być czynnikiem dynamizującym wzrost, ale nie jest jego ani koniecznym, ani wystarczającym warunkiem. Muszę przyznać, że straszenie coraz bardziej inetgrującym się gospodarczo europejskim “jądrem” zawsze mnie śmieszyło. Dopóki nie spowoduje to politycznej marginalizacji interesów Polski, ani nie będzie oznaczało protekcjonizmu, niekoniecznie widzę większe zagrozenia takiego scenariusza. Najważniejsze to określić własne interesy i je realizować. Ale interesy kraju, a nie grup nacisku wewnątrz niego.