Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum: grudzień 2009

2009-12-31 16:18

Czego życzyć sobie w Nowym Roku?

Nowy rok nadejdzie już niemal za chwilę. Zwykle przy tej okazji wypowiada się życzenia i wyjawia oczekiwania. Zróbmy więc to i my. Ponieważ jednak ten blog ma charakter spoleczno-gospodarczo-polityczny (przynajmniej na ogół), to skoncentrujmy się na tego typu sprawach.

O postulatach ulepszeń lub życzeniach co do kierunku przyszłych tendencji każdy zapewne mógłby mówić dużo. Ja też. Mimo to wybierzmy jedną rzecz, żeby zachować cenną zwięzłość i nie popaść w wyczerpanie jeszcze przed noworocznym toastem.

Mimo obfitości spraw wybór nie wydaje się trudny. Jest jeden problem, którego rozwiązanie byłoby w najwyższym stopniu korzystne. Problem ten ponadto przywołuje automatycznie pewną ogólniejszą kwestię, której rozstrzygnięcia również można sobie życzyć.

Jaki to problem? No cóż, nie jestem oryginalny - to problem uwolnienia naszego kraju z łańcuchów nadmiernych wydatków państwa. I nie tylko naszego - jest to przecież, jak wiadomo, powszechna plaga krajów Zachodu. Wiele się o tym ostatnio mówi. Refleksja, rzec można, trochę po niewczasie, no ale lepiej późno niż wcale. Byle zdążyć przed katastrofą.

Ale wypowiadając to życzenie musimy sięgnąć trochę głębiej i wypowiedzieć następne. Ono przeniesie nas na przecięcie jak najbardziej praktycznej płaszczyzny bieżącej polityki i gospodarki ze światem dociekań o naszej naturze i sposobach działania społeczeństw. Najogólniej wyraziłbym to życzenie tak: Oby udało się skutecznie oddzielić decyzje, z którymi demokratyczny ogół radzi sobie nie najlepiej, od pozostałych. Te pierwsze zaś niech powierzone zostaną dobrze zaprojektowanym instytucjom. Nie wątpię, że to byłaby własciwa droga do rozwiązania problemu uporczywego wzrostu długu publiczngo. (Ale nie tylko. ) Dodatkowo moglibyśmy jeszcze pomarzyć o tym, żeby kopalna lewica i kopalna prawica w końcu na dobre opuściły rynek idei i praktycznej polityki na rzecz pomysłów zgodnych ze współczesną wiedzą o człowieku. I jeszcze może dorzućmy odpowiednie wyważenie rozsądnych i nie nadmiernie licznych odgórnych decyzji z potrzebą wolności i spontanicznego rozwoju, jak np. w integracji europejskiej. I może jeszcze…

No tak, mieliśmy się nie rozpędzać. Lepiej więc już wyciszmy umysł i poczekajmy w odprężeniu na nowy rok.


2009-12-19 17:14

Czy ocieplenie jest nielogiczne?

Nie zajmuję żadnego stanowiska co do meritum dyskusji na temat globalnego ocieplenia. Nie mam po prostu odpowiedniej wiedzy. Wolałbym, żeby scenariusz zagrożenia spowodowanego ludzką działalnością nie był prawdziwy. Uniknąć można by wówczas wielu kosztów. Niestety, wcale tak być nie musi.

Generalnie problem jest natury empirycznej. Jednak co niektórzy przeciwnicy wizji globalnego ocieplenia (WGO) argumentują, że jest ona po prostu nielogiczna, a przynajmniej niespójna w inną wiedzą, którą mamy. Takie stanowisko zasługuje na uwagę, bo często zajmują je ludzie inteligentni i rzeczowi.

Oto na przykład pan Robert Gwiazdowski na swoim blogu (http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=703) wysuwa tego rodzaju twierdzenia. Zarzuca on zwolennikom WGO “brak elementarnej logiki”. Dostrzega sprzeczność między tym, że walczący z globalnym ociepleniem są zwykle jednocześnie “zwolennikami ewolucji”. Pomińmy fakt, że “zwolennik ewolucji” brzmi trochę jak “zwolennik okrągłej ziemi”, bo nie o to teraz chodzi. Pan Gwiazdowski argumentuje następująco: “(…) ewolucję przeżywały nie tylko gatunki zamieszujące Ziemię, lecz i sama Ziemia. W jej historii bywało już cieplej i bywało zimniej. Dlaczego teraz ma się to nie powtórzyć?” oraz “Jeżeli dzisiejsza cywilizacja ma być końcem ewolucji - to jest to sprzeczne z podstawowym założeniem teorii ewolucji!”

Niestety, kłopoty z logiką ma tutaj sam pan Gwiazdowski. Z tego, że na Ziemi w nauralny sposób następują wahania klimatu nie wynika, że obecnie nie stoimy przed możłiwoscią niebezpiecznego wahnięcia spowodowanego naszą własną działalnością. Jeśli dane zjawisko ma przyczynę A, to wcale nie znaczy, że nie może mieć przyczyny B. W przypadku drugiego argumentu mamy natomiast do czynienia z mieszaniem porządku opisowego z wartościującym. Z tego, że na Ziemi miały już miejsce kataklizmy, które zapewne wpływały na przebieg ewolucji, nie wynika, że mamy biernie czekać na własną zagładę. Jeśli nawet nasza cywilizacja nie jest ukoronowaniem ewolucji (miejmy zresztą taką nadzieję), to wcale nie jest pewne, czy starcie nas z powierzchni planety pomogłoby ulepszyć sprawy z punktu widzenia… No właśnie. Z jakiego punktu widzenia? Tu argumentacja Roberta Gwiazdowskiego dziwnie zbliża się do mitologii zielonych, których próbuje zwalczać.

To tylko pierwszy z brzegu przykład braku logiki w dyskusji na temat WGO. Jednak dość reprezentatywny. Podam tylko jeszcze jeden, charakterystyczny. Argument brzmi: “Emisja dwutlenku węgla przez człowieka to tylko niewielki ułamek zawartości tego związku w ekosferze”. Nietrudno zauważyć, że jeśli nawet to prawda, to nie rozstrzyga to sporu. Może być tak, że akurat ta niewielka dodatkowa ilość ma krytyczne znaczenie dla wyzwolenia pewnych procesów. Nie wiem, czy tak jest w istocie, ważne, że tak być może z punktu widzenia logiki.

Bywa tak, że ci, którzy wzywają innych do zachowania rygorów logiki, sami są z nią cokolwiek na bakier. Dosyć to zagadkowe w przypadku ludzi, których zawodem jest myślenie. Widać, kiedy dyskusja wyzwala duże emocje, rozum zasnuwa mgiełka.


2009-12-16 23:40

Tygrysy w lesie kłamstw

To bardzo zabawne, jak uparcie ludzie negują pewne oczywistości. Podobno amerykańscy komentatorzy gubią się w zawikłanych domysłach co do powodów i uwarunkowań intensywnej aktywności erotycznej pana Tigera Woodsa. Co niektórzy biadają przy tym nad upadkiem wizerunku modelowgo życia rodzinnego sławnego golfisty. No cóż, pamiętam, że podobnie wiele osób nie dawało wiary lekcjom gry na saksofonie, których prywatnie udzielał prezydent Clinton pannie Lewinsky. U nas z kolei mamy przypadek nieszczęsnego senatora Piesiewicza, który pechowo nie tylko zadawał się z dziwkami, ale jeszcze wciągał i w dodatku (to chyba dla niego samego najgorsze) przebrany był w damskie łaszki.

O ile pewne nietypowe okoliczności przypadku pana Piesiewicza faktycznie mogą zaskakiwać, to ogólnie nie ma absolutnie nic dziwnego w bujnym życiu seksualnym ludzi sukcesu. W istocie pęd do zdobycia zasobów, władzy, czy też sławy wykształcił się po to, żeby zostawiać więcej kopii swoich genów, a nie mniej. (Precyzyjniej: dlatego, że geny temu zachowaniu sprzyjające skutecznie się rozprzestrzeniały.) To właśnie gdyby taki Tiger Woods na przykład prowadził życie zatwardziałego monogamisty, należałoby uznać za przypadek zagadkowy, a wręcz nienormalny. To, że na ogół nie dowiadujemy się o różnych ciekawych szczegółach z życia ludzi na szczycie, wynika wyłącznie z ich dbałości o nieeksponowanie tychże. Ewentualnie możemy mieć do czynienia z kulturowo warunkowanym nastawieniem mediów, żeby o pewnych rzeczach raczej nie mówić. Tak podobno jest we Francji w odniesieniu do osób publicznych.

Notoryczne dziwienie się tudzież hipokryzja w stosunku do rewelacji z życia innych to zjawiska w pełni wytłumaczalne. To jednak temat na odrębny wątek. Dzisiaj zastanówmy się, czy obyczajowe skandale powinny mieć wpływ na karierę polityków. Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź. Na pewno z punktu widzenia skuteczności i jakości pracy polityka nie ma znaczenia, z kim sypia. Problemy mogą pojawić się gdzie indziej. W czasie wspomnianej afery z Moniką Lewinsky, wiele było głosów wzywających prezydenta USA do dymisji (m.in. postulował to tygodnik “The Economist”). Ale nie z powodów samych lekcji gry na saksofonie (tudzież posługiwania się cygarem, jak pamiętamy) - wg tego kryterium pewnie wszystkich lub prawie wszystkich prezydentów czekałby impeachment - ale po prostu dlatego, że prezydent kłamał przed narodem. Innym niebezpieczeństwem jest to, że dana osoba może być szantażowana (tak jak stało się to losem pana Piesiewicza). Wydaje mi się, że konkretne przypadki trzeba rozstrzygać osobno. Jeśli np. komuś kochankę podłożył obcy wywiad, to dymisja musi być natychmiastowa. Co do kłamstwa, to w zasadzie powinno ono również dyskwalifikować. Jednak panu Clintonowi wyborcy momentalnie przebaczyli i byli jego dymisji przeciwni. Dlatego uważałem wtedy, że nie należy go usuwać z urzędu. Jeszcze inny przypadek to łamanie prawa. Senator Piesiewicz przyjmował nielegalne narkotyki. Pomijam problem sensowności zabraniania przez prawo narkotyków przez dorosłą osobę. Jednak kiedy polityk współtworzący prawo nie przestrzega go, to mamy pewien dysonans.

I jeszcze jedna refleksja odnośnie kłamstwa. Oczywiste jest, że prawdomówność bywa dla polityka gorsza. W szczególny sposób przekonał się o tym premier Węgier, kiedy przeciekły materiały z narady partyjnej, w czasie której przypominał swoim towarzyszom, że partia kłamała na potęgę w czasie kampanii wyborczej. Na zdrowy rozum taka rewelacja powinna popularność polityka zwiększyć. Przecież demonstrował powagę sytuacji (chodziło o sprawy gospodarcze) i poniekąd nawoływał do opamiętania. Ale wyborcy jakoś tego nie docenili i zamiast uznaniem odpowiedzieli masowymi protestami. Zdaje się, że stan upojnego kłamstwa, którego lepiej nie weryfikować, był dla nich milszy. Tak samo jak dla nas wmawianie sobie, że na miejscu pana Tigera spędzalibyśmy wszystkie wieczory w domu z rodziną przy kominku.


2009-12-03 17:41

Co myśleć o traktacie?

Banałem jest stwierdzenie, że traktat lizboński (dlaej TL) wywołał wiele kontrowersji. Powiedzmy od razu, że najzupełniej słusznie. Ten nader obszerny dokument, zwany też “europejską konstytucją” został przedstawiony przez swoich zwolenników jako przełomowy krok niezbędny do dalszego rozwoju Europy, a przez przeciwników odmalowany jako zamach na niezależność pańśtw narodowych i rzucenie ich w paszczę brukselskiej biurokracji. Nic dziwnego, że wyrobienie sobie własnej opinii było dla przeciętnego europejskeigo nader trudne, a czasem opinia taka była od niego wymagana w procesie legislacyjnym. Co więc sądzić o traktacie?

Przyznam się od razu, że nie należę do tego ułamka ludzkości, który traktat czytał. Nie mogę więc siłą rzeczy mieć zdania na temat wielu dotyczących go kwestii. Na szczęście jednak istnieją pewne ogólne kryteria, które mogą rzucić tu trochę światła. Spróbujmy je rozpatrzeć.

Przede wszystkim przy ocenie danego aktu prawnego musimy mieć na względzie jego cel. W tym wypadku musimy zapytać, jaka postać Unii Europejskiej (dalej w skrócie: Europy) jest pożądana.  Następne pytanie brzmi, czy środki są właściwe do osiągnięcia celu. Nie mam pojęcia, jaka jest odpowiedź na te pytania w kontekście TL. Zdaje się jednak, że cokolwiek mglista. Poniekąd jest to zrozumiałe. Społeczeństwo (wielonarodowe w tym wypadku) jest tworem tak skomplikowanym, że wytyczanie mu dokładnej ścieżki, a następnie oczekiwanie, że po niej podąży, jest zamiarem jałowym. Być może częściowo stąd wynika “otwarty” charakter traktatu, o którym mówią “uczeni w piśmie”. Otwartość byłaby więć cechą pożądaną. Jednak towarzyszy jej niebezpieczeństwo. Wzmocnienie instytucji ne poziomie europejskim może sprzyjać nadużywaniu wpływu przez najsilniejszych graczy (najsilniejsze politycznie państwa) oraz z drugiej strony nadmiernemu władzy amorficznej europejskiej administracji o niejasnej odpowiedzialności. (To drugie wydaje się możliwe nawet mimo wzmocnienia pozycji polityków i partii wybieranych w poszczególnych krajach).

Co z tego wynika? Moim zdaniem to, że potrzebna byłaby Europie rzeczywista konstytucja, w tradycyjnym liberalnym duchu. A więc dokument chroniący obywateli przed państwem. W tym wypadku - superpańswtem. Określający, czego “Europie” nigdy nie będzie wolno zrobić. Taki dokument może - i musi - być zwięzły i relatywnie zrozumiały dla szerokiej publiczności. Dopiero po zakreśleniu takich ograniczających ram powinno się przystępować do prób konstrukcji ściślejszego europejskiego quasi-państwa. Tymczasem TL skupił się na tworzeniu nowego ładu instytucjonalnego, który albo zadziała dobrze, albo nie. Takie działania bez wpowadzenia wcześniej systemu “bezpieczników” są zawsze ryzykowne. Dlatego, że nie wiemy, czy określony projekt będzie funkcjonował zgodnie z założeniami. Musimy pamiętać, że nasza wiedza o tworzeniu właściwego porządku instytucjonalnego jest nader ograniczona. Każdy taki porządek kształtuje się wyniku wypadkowej wielu czynników i ineresów, których rezultat trudno przewidzieć.

Swego czasu tygodnik “The Economist” wzywał, żeby projekt TL jako “europejskiej konstytucji” wyrzucić do kosza ze względu na jego rozmiary i mętność. Myślę, że to faktycznie było właściwe rozwiązanie, ale nie doczekaliśy się go i teraz pozostaje mieć nadzieję, że “otwartość” zadziała w dobrą stronę. A przede wszystki należy próbować mieć na to aktywny wpływ. Najważniejsze zaś to pamiętać, że klucz do większości naszych wyzwań i problemów leży tutaj, w Polsce, a nie na szczeblu europejskim.

Na koniec przykład nieporozumienia wiążącego się z tą ostatnią kwestią. Oto pani Jadwiga Staniszkis, którą osobiście uważam za rozsądą euroentuzjastkę, mającą wiele interesującyh opinii, powiedziała (m.in. na łamach “Europy”, dodatku do “Newsweeka”), że zagrożeniem dla nas jest egozim mający nasilić się w Europie w wyniku kryzysu i wykorzystania otawrtości TL na swoją korzyść. Według tej wizji silne kraje Europy zmiejszą stopień wspierania nowych członków UE, wyłączając je jednocześnie z zakresu swojej polityki przemysłowej - rozumianej tu jako wspieranie szybkiego rozwoju nowoczesnych technologii. Wynikiem miałoby być pozostanie Polski na peryferiach. No cóż, sądzę, że pani Staniszkis przecenia rolę czynników zewnętrznych w rozwoju naszego kraju. Tym bardziej, że nie jest wcale pewne, na ile ta europejska “polityka przemysłowa” okaże się skuteczna. Co do zaś europejskiej pomocy, to może ona być czynnikiem dynamizującym wzrost, ale nie jest jego ani koniecznym, ani wystarczającym warunkiem. Muszę przyznać, że straszenie coraz bardziej inetgrującym się gospodarczo europejskim “jądrem” zawsze mnie śmieszyło. Dopóki nie spowoduje to politycznej marginalizacji interesów Polski, ani nie będzie oznaczało protekcjonizmu, niekoniecznie widzę większe zagrozenia takiego scenariusza. Najważniejsze to określić własne interesy i je realizować. Ale interesy kraju, a nie grup nacisku wewnątrz niego.