Słowo “liberalizm” jest obecnie dość rozmyte. Rozumiane jako zasada zapewnienia sfery wolności jednostki i obrony jej przed państwem zostało w stało się w zasadzie częścią porządku współczesnych demokracji, a przez to zrobiło się “niewidzialne”. Wiele z tej wolności traktowane jest tak naturalnie, że obywatele nie myślą już o niej, “nie dostrzegają” jej. (Chociaż w Polsce są to wolności dość młode z powodu komunistycznej niewoli.) Z drugiej strony liberalizm był opozycją zarówno do konserwatyzmu, jak i tendencji kolektywistyczych, zwykle określanych jako lewicowe. Teraz jednak osobliwie często stosuje się go jako synonim lewicowej “postępowości”, która czasem istotnie zbieżna jest z wolnościowymi postulatami klasycznego liberalizmu, ale częściej bodaj jest ich karykaturą. Zjawisko to obserwować można w polskim dyskursie. Mamy więc “postępowców” naprzeciw konserwatystów. OK, ale gdzie są dawni liberałowie?
Spójrzmy na taki oto przykład. Konserwatywna (raczej) “Rzeczpospolita” ubolewa nad skargą złożoną przez włoskich ateistów do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości na obecność krzyży w szkołach. Mamy do czynienia ze sporem postępowców (włoscy ateiści i być może niektórzy biurokraci europejscy) z konserwatystami, takimi jak pan Magierowski (autor artykułu). Z punktu widzenia klasycznego liberała krzyży w szkołach publicznych być nie powinno. (Powodów jest kilka, tutaj nie będę ich przytaczał). Nie znaczy to jednak, że odmawiać powinno się miejsca religii w przestrzeni publicznej, i to rozumianej najbardziej dosłownie, bo włoscy działacze namawiąją m.in. do protestów przeciw biciu kościelnych dzwonów. Gdzie jednak miejsce dla “rozsądnego” liberała w tym sporze? Gdzie tacy liberałowie są?
No cóż, pewnie gdzieś są, ale ich widoczna nieobecność zdaje się być skutkiem zamętu panującego w świecie idei politycznej. Lewica i prawica są w kryzysie, karmiąc się starymi mitami, nieprzystającymi do współczesnej wiedzy o człowieku i do oczuć zwykłych obywateli państw zachodniej cywilizacji. Odwołanie się do starych liberalnych idei byłoby wielce pożądane. Czy jednak można to zrobić bezpośrednio głosząc hasła tego, co w Ameryce nazywa się “libertarianizmem”? Należy wątpić. Ten libertarianizm sam dotknięty jest chyba chorobą ślepoty na współczesą wiedzę o naturze człowieka. Nie znaczy to jednak, że jego idee nie moga być dobrym punktem wyjścia. Ze sławnych myślicieli liberalych zaś taką samą rolę spełnić mogą dzieła F.A. von Hayeka. Na dobry początek - jego znany tekst “Dlaczego nie jestem konserwatystą?”.
Pewne subtelności debaty w sferze nauk o człowieku i społeczeństwie nie będą zapewne chętnie przyswajane przez szerszą publiczność. Dlatego potrzeba sformułowania “nowego liberalizmu” w sferze politycznej (niekoniecznie pod tą zużytą nazwą). Program polityczny z konieczności musi być pragmatycznie uproszczony w stosunku do idei. Zadanie wydaje się naglące wobec nieadekwatności starych sporów oraz nadchodzących nieuchronnie dylematów ograniczania wolności jednostek dla ich dobra (i to niekoniecznie w cudzysłowiu, gdyby tak było, sprawa byłaby prostsza). Pierwszym z brzegu, i to bynajmniej nie szczególnie wyrafinowanym, przypadkiem są plany walki z “hazardem” (tym razem cudzysłów, z uwagi na zbyt szeroką definicję przyjmowaną najwyraźniej przez naszych polityków) w następstwie tzw. afery hazardowej. W szczególności politycy mogą wkrótce krok po kroku zacząć odejmować nam ze starych wolności. Tych samych, które były jak powietrze - niedostrzegane.