Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum: listopad 2009

2009-11-26 17:29

W końcu dobre propozycje

Propozycje premiera Tuska przebudowy ładu konstytucyjnego oceniam jako bardzo pożyteczne. Wszystko jedno czy są one jakimś elementem bieżącej gry i czy premier wierzy w realność ich przeprowadzenia, czy nie. Co do tego ostatniego, to może być oczywiście ciężko. A jednak potrzebujemy systemu o znacznie większym stopniu “sterowności”. Nawet gdyby zwiększało to ryzyko związane z bardziej skrajnymi rozwiązaniami. Kraj potrzebuje bowiem jeszcze wielu zmian. Siła polityczna skłonna je przeprowadzić powina mieć taką możliwość. W pierwszej kolejności system powinien też, na tyle na ile to możłiwe, sprzyjać wyłonieniu się takiej siły. Postulaty pana Tuska idą we właściwym kierunku. (Chociaż ja osobiście wolałbym ordynację większościową z jednomandatowymi okręgami również do sejmu. No ale…)

Cieszmy się więc, że wreszcie przynajmniej padło hasło przeksztalceń w odpowiednim duchu. Co ciekawe, opinia publiczna nie jest podobno szczególnie entuzjastyczna. Zwłaszcza w odniesieniu do projektu zlikwidowania powszechnych wyborów prezydenckich. Po części to pewnie faktycznie spowodowane jest poczuciem ludzi, że coś im się odbiera - w tym wypadku wpływ na obsadę ważnego urzędu. Poza tym ludzie wydają się interesować wyborami prezydenckimi, ponieważ stanowią one bezpośrednie starcie konkretnych osób z krwi i kości, a nie bezcielesnych partii. Osoby budzą zawsze emocje o wiele silniejsze niż byty abstrakcyjne. Tak już jesteśmy skonstruowani (przez ewolucję zresztą, to a propos poprzedniego mojego wpisu). Trzeba się niestety liczyć z tym, że takie czynniki również wpływają na tok przekształceń naszego kraju.


2009-11-26 13:44

Kto nie rozumie teorii ewolucji?

W poprzednim wpisie wspominałem o grupach religijnych zaprzeczających teorii ewolucji. Dzisiaj poruszymy własnie temat ewolucji i jej obecności w naszym myśleniu. A pretekstem do rozważań będą wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego, który dość często odnosi się do tej teorii w swoich wywodach, zarówno prasowych, jak i na blogu.

Punktem wyjścia zróbmy powtórzone własnie przez niego w swoim felietonie po raz kolejny twierdzenie dotyczące zapłodnienia in vitro, a uzasadnienie czerpiące z teorii ewolucji własnie. A właściwie, jak się zaraz przekonamy, czerpiące z niej jedynie w mniemaniu samego autora. Pan Mikke twierdzi na wstępie, że teoria ewolucji ” dla 90 proc. ludzi jest niezrozumiała”. Potem sprzeciwia się refundowaniu zabiegów in vitro z publicznych pieniędzy, uzasadniając to tym, że “Jeśli Bóg, czy Natura nie chcą, by dana para miała potomstwo - no, to trudno: selekcja naturalna jest przecież korzystna (…)”  O czym świadczy to zdanie? Na pewno o jednym - autor nie rozumie teorii ewolucji.

W istocie, nagromadzenie tylu błędnych sądów w jednym zdaniu jest pewnym osiągnięciem. Pomińmy kwestię ewentualnej woli Boga co do kwestii zapłodnienia, jak również wszelkie inne kontrowersje otaczajace in vitro. Skupmy się na zagadnienu ewolucji i jej ewentualnego związku z normatywnymi sądami dotyczącymi zapłodnienia poza organizmem człowieka.

Co oznacza, że “natura nie chce”, by ktoś miał potomstwo? Na ogół oznacza to, że dana osoba nie może z powodu jakiegoś defektu doprowadzić do zapłodnienia. Ten defekt może mieć przyczyny genetyczne. Na pierwszy rzut oka, można by więc uznać, że ewolucja faktycznie “wyłącza” kogoś takiego z prokreacji. I że, jak sugeruje Korwin-Mikke, ma to jakiś głębszy sens w kategoriach ewolucyjnych. Żadne z tych twierdzeń nie jest jednak prawdziwe.  Po pierwsze, ewolucja nie jest procesem celowym i nie może zapobiegać rozmnażaniu się konkretnych osobników, aby osiągnąć jakieś większe “dobro”. Po drugie fakt, że ktoś jest bezpłodny, nie oznacza wcale, że jest on nosicielem jakichś szkodliwych mutacji, które “warto” wyłączyć z puli genetycznej. Wyjątkiem może być ta, która ewentualnie powoduje bezpłodność, ale nią samą nie można próbować uzasadniać pożytków z braków rozmnażania, bo popadamy w błędne koło. Dobór naturalny w zasadzie zachodzi na poziomie genów. Dlatego można mieć np. 5 genów “niekorzystnych” pod jakimś względem  i resztę “bardzo korzystnych” i trudno powiedzieć, jakie to ma znaczenie dla populacji jako całości. Tym bardziej, że na ogół jeden gen wpływa na więcej niż jedną cechę (tzw. plejotropizm). Np. gen sprzyjający wysokiej inteligencji może potencjalnie powodować bardzo poważną chorobę (przykład prawdziwy).

Nieprawdą też jest, że “selekcja naturalna jest korzystna”. Trzeba zapytać: korzystna ze względu na co? Dobór naturalny powoduje, że w danych warunkach geny, które wywołują cechy sprzyjające reprodukcji organizmu, będącego ich nosicielem, rozprzestrzeniają się w populacji. Nie należy tego mylić z wartościowaniem z naszego ludzkiego punktu widzenia. Oczywiście w konkretnych przypadkach może to oznaczać, że np. jesteśmy zdrowsi, bo pojawił się gen, który daje nam odporność przeciw jakiejś chorobie (a ci, kórzy go nie mieli, wymarli). Wówczas jest to “korzystne” - ale tylko w danych warunkach. W szerokim sensie można powiedzieć, że dobór naturalny jest korzystny, bo bez niego nigdy byśmy nie powstali. Ale nie o to chyba chodziło w cytowanym felietonie. Zauważmy też, że już od dawna człowiek wpływa zwrotnie na swoją ewolucję, powodując, że to, co mogłoby być “korzystne” w genach, staje się niepotrzebne. Np. ciało pokryte gęstym owłosieniem było może kiedyś korzystne, teraz raczej zbędne. Nasi odlegli przodkowie mogli mieć silniejsze mięśnie i zęby. Mogli być lepiej przystosowani do jedzenia surowego mięsa. Ubrania i ogrzewane domy są tak samo sztucznym zabiegiem jak zapłodnienie in vitro.

W sposób najbardziej zwięzły postarałem się wyjaśnić rażące nieporozumienia dotyczące teorii ewolucji, których ofiarą padł Janusz Korwin-Mike. Po co jednak dyskutować z ignorantem niemającym większego wpływu na opinie innych? Po pierwsze dlatego, że teoria ewolucji jest kluczową ideą dla prób zrozumienia natury człowieka i funkcjonowania społeczeństwa. Niemożliwe jest bez niej przeprowadzenie głębszej refleksji nad naszą teraźniejszością i przyszłością. Jej znajomość i właściwe rozumienie są jednak wśród ludzi, i tu należy się zgodzić z panem Mikke, wysoce niewystarczające. Błędy w rodzaju tych, które on sam popełnił, nie są bynajmniej rzadko spotykane. Do tematu roli myślenia w kategoriach teorii ewolucji i jego znaczenia powrócimy wkrótce.


2009-11-15 17:47

Dlaczego w szkołach nie powinno być krzyży

Parę dni temu wspominałem o sprawie orzeczenia w sprawie krzyży w szkołach (Jak się okazuje, Trybynału Praw Człowieka, a nie Sprawiedliwości, jak napisałem. Nie jest to istotne, bo nie o szczegółach prawnych, o których zresztą nie mam większego pojęcia, chcę mówić.). Temat został na nowo podjęty przez “Rzeczpospolitą”, a jak się zdaje również niektórzy politycy zwietrzyli już dogodną okazję do nowych potyczek. Dlatego do niego wracam. W zasadzie dziwi mnie, że trzeba powtarzać dobrze znane argumenty, ale widać - trzeba. Omówię argumenty przeciw obecności krzyży (i w ogóle symboli religijnych) w szkołach publicznych, a następnie krótko nawiążę do innych spraw, które poruszył Bronisław Wildstein w swoim artykule w “Rzeczpospolitej”. Traktuje on bowiem “sprawę krzyży” z szerszej perspektywy, co warte jest komentarza.

Istnieją ogólnie dwa powody, dla których symboli religijnych nie powinno być w szkołach publicznych (to ważne! w prywatnych można robić, co się chce, pod warunkiem, że jest swoboda wyboru).

1. Szkoła jest miejscem, gdzie z założenia wpływa się na młodego człowieka. Kościoły mają ten sam cel. Jednak nie wszyscy ludzie podzielają takie czy inne przekonania, cele lub metody kościołów (w Polsce przede wszystkim uwaga skupia się oczywisćie na Kościele Katolickim) i nie mają ochoty, żeby ich dzieci podlegały wpływowi kaznodziejów. Na rodzicach ciąży prawny obowiązek poddania swoich dzieci publicznej edukacji (mniejsza o to, czy słuszny). Nie ma powodu, żeby rozszerzać ten obowiązek na rzeczy budzące spór, takie, którym część rodziców jest niechętna. Można twierdzić, że sam symbol nie wywiera żadnego przymusu. Jest to jednak argumentacja w złej wierze. Obecność krzyża na ścianie jasno mówi, że wspiera go autorytet państwa i samej szkoły. Należy też zauważyć, że jest czynnikiem poencjalnie “wykluczającym” (lewicowe słówko, ale co zrobić…) inaczej myślących. Nie ma ku temu żadnej potrzeby. Tym bardziej, że…

2. Tym bardziej, że szkoła nie tylko w jakiś sposób “wychowuje” (choć obawiam się, że w inny, niż sobie to wyobrażają jej pracownicy), ale, i chyba przede wszystkim, ma dostarczać narzędzi poznania rzeczywistości. Tak się składa, że każda religia z samej swojej natury rości sobie pretensje do sądów poznawczych. Mogą one pozostawać w konflikcie z sądami wynikającymi z poznania naukowego. Przykłady z historii są dobrze znane, więc nie będę nimi nudził. Również współcześnie istnieją pola konflitków. Najbardziej skrajne na szczęście mają miejsce nie u nas, a w Ameryce, gdzie aktywny jest ruch tzw. kreacjonistów, zaprzeczających teorii ewolucji. Podejście religijne może też powodować uprzedzenia, których powinno się unikać w uprawianiu nauki. Nie ma problemu, jeśli uprzedzenia powodują pojedynczymi badaczami. Źle jednak jeśli obydwa podejścia miesza się w skali masowej. Nauczyciel chcący przedstawić tezy sprzeczne z nauką kościelną jest pod obecność w klasie krzyża albo sam zmuszony do kłamstwa lub też musi sprawić na uczniach wrażenie, że szkoła jest instytucją niespójną i zakłamaną. Żadna z tych możłiwości  nie jest, łagodnie mówiąc, szczególnie pożądana. Oczywiście można twierdzić, że wybór metody naukowej do opisu świata jest sam w sobie arbitralny. Jednak decyzja o poniechaniu go w powszechnej edukacji na rzecz jakiegoś podejścia alternatywnego wymagałaby pewnej dozy szaleństwa. Już lepiej dać rodzicom pełną wolność posyłania lub nie swoich dzieci do szkół.

Dodatkowo w nawiązaniu do innych wątków pana Wildsteina i innych konserwatywnych autorów:

3. Być może lepiej byłoby, żeby instytucje na szczeblu europejskim nie miały nic do powiedzenia w sprawie rozwiązań dotyczących religii i jej symboli przyjętych w poszczególnych krajach. Wcale jednak nie jestem o tym przekonany. Rozstrzygnięcie tego wymagałoby odpowiedzi na pytanie, jakie wartości uznajemy za wspólne i definiujące dla Europy i jak wyobrażamy sobie jej jedność. Są to pytania, o których nie chcę się tu wypowiadać.

4. Antyreligijny zapał różnej maści postępowców jest karykaturalny i szkodliwy. Jednak sprawa symboli religijnych w szkołach nie jest akurat reprezentatywnym tego przykładem, nawet jeśli tacy ludzie popierają ich usunięcie. Ważna jest słuszność stanowiska w danej sprawie, a nie to, kto je zajmuje.

5. Użycie argumentu o wolnośći sumienia na rzecz obecności krzyży w szkołach zatrąca hipokryzją i zaślepieniem. Szkoda, że używają go tak dobrzy publicyści jak Bronisław Wildstein. W ten sposób osłabiają swoją pozycję w debacie publicznej, do której tak wiele wnieśli.


2009-11-14 8:10

Zagadka fachowców

Zapewne większość z nas potwierdziłaby istnienie ciekawego zjawiska, polegającego na tym, że ludzie, których praca nie grzeszy normalnie przesadną rzetelnością, stają się jej wzorcem po wyjezdzie za granicę. Dotyczy to przede wszystkim tzw. fachowców wszelkiego rodzaju. Wprawdzie takie uogólnienia zawierają zawsze ryzyko błędu, to jednak coś chyba jest na rzeczy i niemal każdy mógłby chyba podać przykłady. Metamorfoza bywa ponoć dość zdecydowana i zadziwiać może klientów, którzy kiedyś padli ofiarą danego fachowca. Jeśli tak jest, to dlaczego? Dlaczego często nawet oferta lepszego wynagrodzenia w Polsce zdaje się nie działać w ogóle, a zagraniczny wyjazd czyni cuda?

Zapytajmy najpierw, dlaczego w ogóle ludzie starają się dobrze pracować. Naturalnie głównie po to, żeby zwiekszyć zasób swojego osobistego dobrobytu. Co jest jednak ważne, jego oceny opierają się na porównaniach z innymi ludźmi. To te porównania decydują ostatecznie o tym, czy uważamy się (i czy inni nas uważają) za biednych, bogatych, czy będących gdzieś pośrodku. Jest to fakt intuicyjnie zrozumiały, ale potwierdzają go też badania. Ma on liczne implikacje, w szczególności możemy też wykorzystać go do wytłumaczenia zachowania “nowo narodzonych” fachowców obiboków.

Wyobraźmy sobie kogoś, kto wykonuje niezbyt zaawansowaną (mierząc kwalifikacjami) pracę i kto niewiele może zyskać zwiększając swój wysiłek i podnosząc jej wydajność lub jakość. Mniejsza o powód - może nim być np. niedostateczna konkurencja na rynku pracy, gwałtowny wzrost zapotrzebowania na danym rynku itp. Przez “niewiele może zyskać” rozumiem, że dodatkowy wysiłek nie wpłynie na wyraźne zwiększenie osobistego dobrobytu (relatywnie do reszty społeczeństwa) odczuwanego przez tę osobę. Skoro tak, to ten wysiłek nie zostanie podjęty. Przenieśmy jednak naszego przykładowego pracownika do nowego otoczenia, a mianowicie kraju o znacznie wyższym poziomie zamożności. Nasz bohater przebywa tam jakiś czas, wiedząc, że z zarobionymi pieniędzmi wróci do Polski. Co się teraz dzieje? Przede wszystkim otrzyma on znacznie wyższe wynagrodzenie za swoją pracę w stosunku do tego, co dostawał u siebie. (Wynika to z wyższego poziomu cen w zamożnych krajach. Ma to swoje ekonomiczne wytłumacznie, w tej chwili nieistotne.) Może to oznaczać, że po powrocie do kraju, jego “osobisty dobrobyt”, tak jak określony powyżej, wyraźnie się zwiększy. A więc jest motywacja do zwiększenia wysiłku i wykazania się wyższą “etyką pracy”.

Czy ten efekt tłumaczy zachowania rodzimych “fachowców”? Myślę, że w dużym stopniu tak. Chociaż trzeba przyznać, że ich “lokalny koloryt” wymyka się częściowo rzeczowej analizie.


2009-11-07 21:53

Gdzie liberalizm?

Słowo “liberalizm” jest obecnie dość rozmyte. Rozumiane jako zasada zapewnienia sfery wolności jednostki i obrony jej przed państwem zostało w stało się w zasadzie częścią porządku współczesnych demokracji, a przez to zrobiło się “niewidzialne”. Wiele z tej wolności traktowane jest tak naturalnie, że obywatele nie myślą już o niej, “nie dostrzegają” jej. (Chociaż w Polsce są to wolności dość młode z powodu komunistycznej niewoli.) Z drugiej strony liberalizm był opozycją zarówno do konserwatyzmu, jak i tendencji kolektywistyczych, zwykle określanych jako lewicowe. Teraz jednak osobliwie często stosuje się go jako synonim lewicowej “postępowości”, która czasem istotnie zbieżna jest z wolnościowymi postulatami klasycznego liberalizmu, ale częściej bodaj jest ich karykaturą. Zjawisko to obserwować można w polskim dyskursie. Mamy więc “postępowców” naprzeciw konserwatystów. OK, ale gdzie są dawni liberałowie?

Spójrzmy na taki oto przykład. Konserwatywna (raczej) “Rzeczpospolita” ubolewa nad skargą złożoną przez włoskich ateistów do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości na obecność krzyży w szkołach. Mamy do czynienia ze sporem postępowców (włoscy ateiści i być może niektórzy biurokraci europejscy) z konserwatystami, takimi jak pan Magierowski (autor artykułu). Z punktu widzenia klasycznego liberała krzyży w szkołach publicznych być nie powinno. (Powodów jest kilka, tutaj nie będę ich przytaczał). Nie znaczy to jednak, że odmawiać powinno się miejsca religii w przestrzeni publicznej, i to rozumianej najbardziej dosłownie, bo włoscy działacze namawiąją m.in. do protestów przeciw biciu kościelnych dzwonów. Gdzie jednak miejsce dla “rozsądnego” liberała w tym sporze? Gdzie tacy liberałowie są?

No cóż, pewnie gdzieś są, ale ich widoczna nieobecność zdaje się być skutkiem zamętu panującego w świecie idei politycznej. Lewica i prawica są w kryzysie, karmiąc się starymi mitami, nieprzystającymi do współczesnej wiedzy o człowieku i do oczuć zwykłych obywateli państw zachodniej cywilizacji. Odwołanie się do starych liberalnych idei byłoby wielce pożądane. Czy jednak można to zrobić bezpośrednio głosząc hasła tego, co w Ameryce nazywa się “libertarianizmem”? Należy wątpić. Ten libertarianizm sam dotknięty jest chyba chorobą ślepoty na współczesą wiedzę o naturze człowieka. Nie znaczy to jednak, że jego idee nie moga być dobrym punktem wyjścia. Ze sławnych myślicieli liberalych zaś taką samą rolę spełnić mogą dzieła F.A. von Hayeka. Na dobry początek - jego znany tekst “Dlaczego nie jestem konserwatystą?”.

Pewne subtelności debaty w sferze nauk o człowieku i społeczeństwie nie będą zapewne chętnie przyswajane przez szerszą publiczność. Dlatego potrzeba sformułowania “nowego liberalizmu” w sferze politycznej (niekoniecznie pod tą zużytą nazwą). Program polityczny z konieczności musi być pragmatycznie uproszczony w stosunku do idei. Zadanie wydaje się naglące wobec nieadekwatności starych sporów oraz nadchodzących nieuchronnie dylematów ograniczania wolności jednostek dla ich dobra (i to niekoniecznie w cudzysłowiu, gdyby tak było, sprawa byłaby prostsza). Pierwszym z brzegu, i to bynajmniej nie szczególnie wyrafinowanym, przypadkiem są plany walki z “hazardem” (tym razem cudzysłów, z uwagi na zbyt szeroką definicję przyjmowaną najwyraźniej przez naszych polityków) w następstwie tzw. afery hazardowej. W szczególności politycy mogą wkrótce krok po kroku zacząć odejmować nam ze starych wolności. Tych samych, które były jak powietrze - niedostrzegane.