Parę dni temu wspominałem o sprawie orzeczenia w sprawie krzyży w szkołach (Jak się okazuje, Trybynału Praw Człowieka, a nie Sprawiedliwości, jak napisałem. Nie jest to istotne, bo nie o szczegółach prawnych, o których zresztą nie mam większego pojęcia, chcę mówić.). Temat został na nowo podjęty przez “Rzeczpospolitą”, a jak się zdaje również niektórzy politycy zwietrzyli już dogodną okazję do nowych potyczek. Dlatego do niego wracam. W zasadzie dziwi mnie, że trzeba powtarzać dobrze znane argumenty, ale widać - trzeba. Omówię argumenty przeciw obecności krzyży (i w ogóle symboli religijnych) w szkołach publicznych, a następnie krótko nawiążę do innych spraw, które poruszył Bronisław Wildstein w swoim artykule w “Rzeczpospolitej”. Traktuje on bowiem “sprawę krzyży” z szerszej perspektywy, co warte jest komentarza.
Istnieją ogólnie dwa powody, dla których symboli religijnych nie powinno być w szkołach publicznych (to ważne! w prywatnych można robić, co się chce, pod warunkiem, że jest swoboda wyboru).
1. Szkoła jest miejscem, gdzie z założenia wpływa się na młodego człowieka. Kościoły mają ten sam cel. Jednak nie wszyscy ludzie podzielają takie czy inne przekonania, cele lub metody kościołów (w Polsce przede wszystkim uwaga skupia się oczywisćie na Kościele Katolickim) i nie mają ochoty, żeby ich dzieci podlegały wpływowi kaznodziejów. Na rodzicach ciąży prawny obowiązek poddania swoich dzieci publicznej edukacji (mniejsza o to, czy słuszny). Nie ma powodu, żeby rozszerzać ten obowiązek na rzeczy budzące spór, takie, którym część rodziców jest niechętna. Można twierdzić, że sam symbol nie wywiera żadnego przymusu. Jest to jednak argumentacja w złej wierze. Obecność krzyża na ścianie jasno mówi, że wspiera go autorytet państwa i samej szkoły. Należy też zauważyć, że jest czynnikiem poencjalnie “wykluczającym” (lewicowe słówko, ale co zrobić…) inaczej myślących. Nie ma ku temu żadnej potrzeby. Tym bardziej, że…
2. Tym bardziej, że szkoła nie tylko w jakiś sposób “wychowuje” (choć obawiam się, że w inny, niż sobie to wyobrażają jej pracownicy), ale, i chyba przede wszystkim, ma dostarczać narzędzi poznania rzeczywistości. Tak się składa, że każda religia z samej swojej natury rości sobie pretensje do sądów poznawczych. Mogą one pozostawać w konflikcie z sądami wynikającymi z poznania naukowego. Przykłady z historii są dobrze znane, więc nie będę nimi nudził. Również współcześnie istnieją pola konflitków. Najbardziej skrajne na szczęście mają miejsce nie u nas, a w Ameryce, gdzie aktywny jest ruch tzw. kreacjonistów, zaprzeczających teorii ewolucji. Podejście religijne może też powodować uprzedzenia, których powinno się unikać w uprawianiu nauki. Nie ma problemu, jeśli uprzedzenia powodują pojedynczymi badaczami. Źle jednak jeśli obydwa podejścia miesza się w skali masowej. Nauczyciel chcący przedstawić tezy sprzeczne z nauką kościelną jest pod obecność w klasie krzyża albo sam zmuszony do kłamstwa lub też musi sprawić na uczniach wrażenie, że szkoła jest instytucją niespójną i zakłamaną. Żadna z tych możłiwości nie jest, łagodnie mówiąc, szczególnie pożądana. Oczywiście można twierdzić, że wybór metody naukowej do opisu świata jest sam w sobie arbitralny. Jednak decyzja o poniechaniu go w powszechnej edukacji na rzecz jakiegoś podejścia alternatywnego wymagałaby pewnej dozy szaleństwa. Już lepiej dać rodzicom pełną wolność posyłania lub nie swoich dzieci do szkół.
Dodatkowo w nawiązaniu do innych wątków pana Wildsteina i innych konserwatywnych autorów:
3. Być może lepiej byłoby, żeby instytucje na szczeblu europejskim nie miały nic do powiedzenia w sprawie rozwiązań dotyczących religii i jej symboli przyjętych w poszczególnych krajach. Wcale jednak nie jestem o tym przekonany. Rozstrzygnięcie tego wymagałoby odpowiedzi na pytanie, jakie wartości uznajemy za wspólne i definiujące dla Europy i jak wyobrażamy sobie jej jedność. Są to pytania, o których nie chcę się tu wypowiadać.
4. Antyreligijny zapał różnej maści postępowców jest karykaturalny i szkodliwy. Jednak sprawa symboli religijnych w szkołach nie jest akurat reprezentatywnym tego przykładem, nawet jeśli tacy ludzie popierają ich usunięcie. Ważna jest słuszność stanowiska w danej sprawie, a nie to, kto je zajmuje.
5. Użycie argumentu o wolnośći sumienia na rzecz obecności krzyży w szkołach zatrąca hipokryzją i zaślepieniem. Szkoda, że używają go tak dobrzy publicyści jak Bronisław Wildstein. W ten sposób osłabiają swoją pozycję w debacie publicznej, do której tak wiele wnieśli.