Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum: październik 2009

2009-10-20 20:05

Disco polo i kierowcy - powrót wątków

Dziś powrót do dawnych wątków.

1. Swego czasu spekulowałem, że w zasadzie subiektywnie disco polo może dostarczać podobnych wzruszeń co “prawdziwa” muzyka. Jak czytamy w wywiadzie udzielonym “Wprost” przez Tomasza Stańkę, “Wzruszenie baby, która słucha disco polo jest takie samo jak wzruszenie Beethovena, gdy pisał V symfonię”. Generalnie więc pan Stańko wyraził opinię zbliżoną do mojej. Dlaczego piszę “zbliżoną”, a nie “identyczną”? Dlatego, że wtedy wspomniałem, że mam pewne zatrzeżenie, którego jednak nie sprecyzowałem. Zrobię to więc teraz. Otóż wydaje mi się, że pełne porównanie między przeżyciami “baby” oraz melomana mielibyśmy, gdyby przeprowadzić badania na poziomie neurologicznym. Po pierwsze moglibyśmy się być może dowiedzieć, w jaki sposób  ośrodki przyjemności są pobudzane przez obydwa rodzaje muzyki oraz jak mózg anagażuje się w przetwarzanie informacji z nimi związanych. Np. mogło by się okazać, że muzyka Beethovena angażuje więcej procesów poznawczych niż disco polo (albo odwrotnie). Porównując obrazy aktywności mózgu z innymi, odpowiadającymi procesom i emocjom, o których mamy większą wiedzę, moglibyśmy zaryzykować twierdzenie na temat natury przeżyć oraz ich absolutnej tożsamości lub określić różnice między nimi. To są oczywiście sformułowania laika, ale mam nadzieję, że oddają istotę sprawy.

2. A teraz inny stary wątek - zachowania kierowców. Zidentyfikowałem dwa nowe przykłady: jeden łatwy do wytłumaczenia, a drugi zagadkowy. Obydwa irytujące. Pierwszy z nich to banalna rzecz - ludzie często włączają kierunkowskazy tuż przed wykonaniem skrętu na skrzyżowaniu. Utrudnia to jazdę, bo czasami za późno orientujemy się, że ktoś przed nami, kto wydawał się kierować na wprost, właśnie blokuje nam drogę. Wyjaśnienie jest, jak powiedziałem, proste - lenistwo i lekceważenie innych kierowców.

Jak jednak wytłumaczyć to: stoi sobie sznur samochodów w oczekiwaniu na zielone światło. Samochód przed nami zatrzymał sie, mimo że do poprzednika ma jeszcze ze dwa metry odstępu. Po chwili podjeżdża do przodu pół metra. Po dwudziestu sekundach jeszcze o metr, a potem znowu odrobinę. Często ten z przodu robi to samo prowokując naszego sąsiada do kolejnego “drobienia”. Wyznam, że wybitnie mi to działa na nerwy. Zamiast ustawić się maksymalnie ciasno, kierowcy powodują, że w oczekiwaniu na zielone trzeba co chwilę przemieszczać się o kawałek do przodu - męczące i nieekonomiczne. No i to nurtujące pytanie: dlaczego oni to robią?


2009-10-09 20:14

Profesor Zienkowski i rzeczy ostateczne

Kilka dni temu z nekrologu zamieszczonego w “Rzeczpospolitej” dowiedziałem się o śmierci Leszka Zienkowskiego (nastepnęgo dnia była na ten temat notka na “zielonych stronach” tejże gazety). To zawsze bardzo smutne, kiedy umiera ktoś, kto był naukowcem tego kalibru jak pan Zienkowski. Chociaż jego nazwisko nie jest chyba znane wielu, to wśród ekonomistów był autorytetem, największym polskim specjalistą w dziedzinie rachunków narodowych. Pole jego pracy dotykało zagadnień, które są bliskie “rzeczy ostatecznych” w ekonomii - wzrostu gospodarczego i jego uwarunkowań. Profesor Zienkowski badał i pisał o tym, co przesądza, że za, powiedzmy, dziesięć lat będziemy dwa razy czy tylko pół raza bogatsi niż dzisiaj. A są to sprawy, które na ogół giną w medialnym zgiełku. To, co dotyczy każdego z nas, nie znajduje posłuchu prawie u nikogo. Tym większe przygnębienie na myśl, że praca ludzi takich jak Leszek Zienkowski nie wpływa chyba zbyt wyraźnie na decyzje rządzących.

Dobrze jednak, że pojawiają się młodzi ludzie, którzy próbują dotrzeć z ważnym przekazem do opinii publicznej. Takim człowiekiem jest bez wątpienia pan Paweł Dobrowolski, którego dwa artykuły ukazały się ostatnio w prasie (jeden w “Rzeczpospolitej”, drugi we “Wprost”). Obydwa mówią o tym samym - zgubnej mieszance absurdalnie hojnej polityki fiskalnej i “społecznej” oraz starzejącego się społeczeństwa. Trzeba, aby jak najwięcej tego typu głosów przedostawało się do świadomości Polaków. Może w końcu kropla wydrąży skałę…


2009-10-02 15:05

Instynkty w gabinetach

Gorącym tematem jest obecnie sprawa bliskich kontaktów ważnych polityków rządzącej partii z przedstawicielami biznesu hazardowego. Nie wnikając tu w istotę sprawy ani w jej szczegóły, które przecież nie są mi dostępne w większej mierze niż każdemu innemu przeciętnemu zjadaczowi mediów, poczyńmy parę postrzezeń.

Jeden szczególik, który zwrócił moją uwagę, to udział w aferze osoby pełniącej funkcję “szefa gabinetu politycznego ministra sportu”. No cóż, wyznam, że do wczoraj nie miałem pojącia, że takie stanowisko istnieje. Co więcej - mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, którą jego istnienie dziwi. A dziwi mnie ogromnie. Bo powtórzmy, chodzi o “gabinet polityczny ministra sportu”. Czy znaczy to, że każdy z ministrów ma własny “gabinet polityczny”. Jeśli tak, to co robią owe gabinety? A może to po prostu pompatyczna nazwa sekretariatu lub czegoś w tym rodzaju? Jeśli nawet, to obawiam się, że mamy do czynienia z kolejnym świadectwem przerostu struktur władzy w stosunku do ich użyteczności. A że zjawisko to stare jak i sama władza, to właściwie dziwić nie powinno. A mimo to ten “gabinet polityczny” ministra zwalił mnie z nóg. Jak widać, minister sportu nie jest tak niepozornym (i nieszkodliwym) stanowiskiem, jak mogłoby się wydawać.

Im więcej będzie informacji tym bliżej, miejmy nadzieję, będziemy wyważenia rozmiarów i znaczenia całej afery. O tym, że pokazuje ona nieprawidłowości w funcjonowaniu naszego państwa możemy być już teraz przekonani. Nie podzielam natomiast ubolewań nad “niskim poziomem” zarejestrowanych rozmów prowadzonych przez polityków z “lobbystami”. To, że takie ubolewania się pojawiają, świadczy o tym, że wciąż oczekujemy, że większosć polityków rekrutuje się z zastepów zatroskanych i pełnych samokontroli mędrców. Otóż tak nie jest. Politycy pod pewnymi względami są pewnie jeszcze bardziej drapieżni i “wulgarni” niż średnia populacji. Taka jest selekcja związana z tym zawodem, i nie ma na to rady. Trzeba to zaakceptować i zrozumieć wagę ograniczania obszarów władzy państwa oraz ustanawiania stałych reguł instytucjonalnych trzymających naturalne instykty polityków w ryzach, tak żeby napędzały kierat dobra wspólnego. A są to tak naprawdę zwykłe ludzkie instykty, być może tylko lepiej wyszlifowane od skutecznego używania.