Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum: sierpień 2009

2009-08-20 14:13

Motocykliści i zboże

Miały już miejsce bodaj dwa protesty motocyklistów, polegające na blokowaniu wjazdu na płatną część autostrady A4. Zapowiadany jest nastepny protest. Nie chcę wchodzić w meritum protestu. Wydaje się ono wątpliwe (motocykliści żądają obniżek lub zgoła zniesienia autostradowych opłat dla siebie), ale nie w tym rzecz. Skupmy się na formie protestu.

Motocykliści postepują podobnie jak rolnicy w latach 90. Jak pamiętamy, blokowali oni drogi, wysypywali zboże z wagonów na tory - ogólnie mówiąc, naruszali prawa innych osób. Albo prawa do przejazdu drogą publiczną, albo wręcz prawa własności. Przy czym to ostatnie zwie się w mniej malowniczych przypadkach kradzieżą. Naturalnie gdy dopuszcza się jej wpływowa grupa nacisku, mówimy o “proteście”. Motocykliści nie kradną, to prawda. (Chociaż zauważmy, że domagają się dotowania ich przez innych użytkowników drogi.) Co więcej - działają legalnie. Po prostu opieszale regulują drobniakami opłatę przy bramkach, stają w duzych odstępach, żeby wymusić korek itp. Wzorują się tu do pewnego stopnia na tzw. włoskich strajkach.

Niestety, dla kierowcy samochodu uwięzionego w wielogodzinym, niespodziewanym korku, formalna legalność lub nielegalność działania blokujących ma raczej drugorzędne znaczenie. Nietrudno się wczuć w  położenie takiej niewinnej ofiary. Prawda jest bowiem taka, że fani jednośladów rozwijają twórczo działania zapoczątkowane niegdyś przez naszych farmerów. A są to akcje przepojone absolutną pogardą dla ludzi spoza własnej grupy. Szkodzenie tym ostatnim nie jest zresztą wcale jakimś skutkiem ubocznym, ale samym sednem czynu, bo przecież tylko dzięki niemu protest zwraca uwagę.

Jako kraj o stosunkowo świeżej niezależności, Polska jest miejscem, którego nie tylko polityka i gospodarka, ale także kultura i zwyczaje ciągle się kształtują. W takich warunkach bardzo wiele zależy od najogólniej rozumianych precedensów. Mam na myśli zdarzenia, których przebieg wpływa na sposób myślenia ludzi oraz sposób traktowania podobnych przypadków w przyszłości. Na przykład Francja jest krajem, gdzie toleruje się spektakularne protesty różnych grup zawodowych, przeprowadzane kosztem ogółu. Wolałbym, żeby Polska “nie poszła tą drogą”. A im więcej tolerujemy wysypywania zboża czy blokowania dróg, tym bardziej przywykamy do tego jako do normalności.

No tak, ale jak temu zapobiegać, skoro tacy na przykład motocykliści działają legalnie? Odpowiedź brzmi: przez legalne działaina policji, które jednak zatrują życie tym razem naszym free riderom. Np. drobiazgowa kontrola za bramką autostrady, mandaty za utrudnianie ruchu drogowego (to chyba możliwe?) - myślę, że da się coś wymyśleć. Przede wszystkim zaś tzw. opinia publiczna powinna się jednoczyć w jednoznacznym potępieniu dla akcji, które krzywdzą Bogu ducha winnych obywateli. Trudność polega na tym, że u nas rzadko myśli się kategoriami dobra ogółu. Częściej myślimy: “Protestują? Dobrze, niech pokażą ‘tamtym’! Za niedługo może i ja będę miał interes, to też coś wyrwę dla siebie.” Czy nie tak to wygląda?


2009-08-13 20:26

Jak chroni się turystów w Krakowie

Nudzi już doprawdy powtarzanie tego samego, ale znów muszę to zrobić. A to ponieważ w czasie lektury “Dziennika Polskiego” zostałem znienacka niczym młotem trafiony wiadomością z gatunku niespodziewanych i niepojętych. No tak, to nie pierwszy już raz. Ale co ja poradzę na to, że moja prostolinijna natura co i rusz szokowana jest przez zakłamaną bezczelność, która dla innych zdaje się być normą.

A chodzi o taką sprawę. Pewna pani (pracownik UJ zresztą) oprowadzała po Krakowie znajomych z zagranicy. Wiadomo - chodziła z nimi tu i tam, opowiadała o zabytkach i historii itp. Aż tu nagle jak spod ziemi pojawiły się przy niej dwie osoby, które zaczęły dociekać, czy to co robi jest legalne. A ściślej mówiąc, czy ma ona “uprawnienia przewodnika”. Tak - nie mniej ni więcej tylko właśnie tak! Ja się okazało była to, uwaga, uwaga! “wspólna kontrola urzędników Urzędnu Marszałkowskiego i przedstawicieli Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych, którzy w asyście strażników miejskich postanowili wylegitymować podejrzaną” - jak pisze autor artykułu. Pozwolenia oczywiście nie było, występna kobieta dostała więc upomnienie za “oprowadzanie w języku angielskim turystów indywidualnych bez uprawnień przewodnickich.”

Amen. Jeszcze raz dobro zatriumfowało. Nie będzie nam tu byle kto turystów po Krakowie oprowadzał! Od tego są przecież fachowcy. Pozostaje do wyjaśnienia kilka drobiazgów:

1. Jak długo jeszcze w Polsce będziemy spotykać przepisy rodem z PRL, tym razem, ze względu na miejsce, o szczególnie silnym posmaku cechowej samoobrony przed “partaczami”?

2. Jak długo będą obowiązywać przepisy, które nie wiadomo jak interpretować? (Jak ustalił autor artykułu, taka jest własnie sytuacja zakazu oprowadzania turystów przez partaczy. Chociaż trzeba podkreslić, że wiceprezes Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych łaskawie przyznał, że oprowadzanie znajomych nie powinno być karalne. Dzięki ci, o panie!)

3. Jak długo takie sytuacje będa traktowane jako normalne? Nawet autor tego, interwencyjnego przecież w charakterze, artykułu nie poświęcił ani słowa szkodliwości ograniczeń wolności gospodarczej, skupiając się wyłącznie na sprawie karania za oprowadzanie znajomych. Oczywiście skandalicznej, ale będącej tylko efektem głębszego problemu. To dzięki tej obojętności, możemy kolejny raz słyszeć/czytać słowa w rodzaju: “celem kontroli było zmniejszenie skali zjawiska nielegalnego przewodnictwa, a także zapewnienie wykonywania zadań przewodnika turystycznego po Krakowie przez osoby spełniające wymagania określone przepisami prawa” (Biuro Prasowe Urzędu Marszałkowskiego). Bóg zapłać! No bo co by to było, gdyby tak jacyś nieuprawnieni przewodnicy rozplenili się ze swoim ohydnym procederem! Strach mysleć o losie biednych turystów, zwłaszcza z obcych krajów. Na szczęście ktoś mądry czuwa, żeby przez złość, a czasem, przyznajmy, czystą głupotę, nie przyszło nam do głowy szkodzić bliźnim oprowadzając ich po pięknym Krakowie bez urzędowych uprawnień.