Folklor kibicowania - zwierciadło naszego charakteru?
Dość często zdarza mi się oglądać mecze piłki nożnej, a sporadycznie niektórych innych sportów zespołowych, takich jak siatkówka. Wtedy, gdy są to mecze naszych reprezentacji narodowych, nieuchronnie towarzyszą im polscy kibice. Co jest oczywiście jak najbardziej pożądane i prawidłowe. Istotnie, myślę, że sporty zespołowe są tą dziedziną, gdzie najprzyjemniej i najzdrowiej niejako mogą się spełniać instynkty stadnej rywalizacji i jasno zarysowanych podziałów na naszych i tamtych. Mówię to bez ironii. Jako kibic kanapowy sam chętnie wpadam w związane z wymienionymi zjawiskami transe, nazwijmy to. Ironia byłaby więc zgoła nie na miejscu. I podobnie jak uważam zjawisko kibicowania za pozytywne, tak samo akceptuję towarzyszącą mu “otoczkę”. Nazwijmy ją “folklorem kibicowania”.
Teraz jednak muszę trochę uściślić. “Akceptuję otoczkę”, napisałem. I owszem - jako zjawisko, ideę. Jest jednak pewien problem z konkretną realizacją tej idei w naszej rzeczywistości. (Mówię o kibicowaniu Polakom, drużynom narodowym, bo o rzeczach bardziej lokalnych nie chcę się w tej chwili wypowiadać. ) A polega na tym, że niemal wszystko, co jest u nas kibicowskiego folkloru upostaciowieniem, jest moim zdaniem nie takie jak trzeba. Weźmy pierwsze z brzegu przykłady. Kibice nasi zakładają dziwaczne czapki, w których wyglądają jak błazny, albo nieforemne szmaciane cylindry ozdobione szachownicą barw narodowych. Porównajmy to chociażby z hełmami wikingów, które często zakładają fani drużyn skandynawskich. Różnica na naszą niekorzyść jest przygnębiająca, chociaż niby jedne i drugie mieszczą się w tej samej, jarmarcznej konwencji. Z nieznanych powodów kibicom naszym wydaje się, że jeśli nabazgrzą sobie na obliczu coś, co przypominać ma polską flagę, to przechodzą na wyższy poziom dopingowania. Tymczasem szpeci to i karykaturyzuje, zwłaszcza dziewczyny. Całym osobnym zagadnieniem są hasła i tzw. przyśpiewki, które wydają z siebie nasi fani. Ciekawe, że ich nieformalnym hymnem stały się słowa “Polska, biało-czerwoni” śpiewane na melodię dawnego przeboju duetu Pet Shop Boys “Go West”. Melodia ta bezpośrednio nawiązuje do hymnu Związku Sowieckiego (a obecnie również Rosji). Spotkałem się też z twierdzeniem, jakoby wymieniony kawałek był organizacyjną pieśnią środowisk homoseksualnych w krajach Zachodniej Europy (co jest całkiem możliwe zważywszy na tzw. orientację członków duetu PSB). Ponoć z tego właśnie powodu polscy fani budzą czasem wesołość miejscowych, kiedy za granicą intonują swój “hymn”. Doszło przy tym do tego, że melodia “Go West” jest odtwarzana w przerywnikach meczów drużyny narodowej siatkówki w Polsce. Pomijam już, że wspomaganie dopingu publiczności przez głośniki zatrąca o barbarzyństwo i jest sztucznym wspomaganiem gospodarzy - temat na inny felieton. Pokazuje to jednak, jak silnie piosenka, żartobliwie, ale jednak, nawiązująca do sowieckiego hymnu zakorzeniła się w naszym folklorze sportowym, jako element rdzennie polski bez mała. Żeby jeszcze nasi fani byli chociaz w stanie zaśpiewać tenże kawałek bez nadmiernego fałszowania. Ale nie! Po pierwsze trafienie we wspólną tonację, a nawet pozostawanie w ramach jednej tonacji przez każdego z kibiców, to wymagania ponad miarę wygórowane. Mogą jeszcze z grubsza być spełnione przy pieśni organizacyjnej “J..ć PZPN”, z uwagi na skrajną prostotę tejże. Przy jakichkolwiek bardziej skomplikowanych (czytaj: melodyjnych) frazach, nie ma jednak co oczekiwać zbyt wiele. A zwłaszcza w przypadku melodii tak trudnych jak “Go West”. Przecież tu mamy do czynienia z powtarzaną niemal identycznie figurą melodyczną, która podstępnie schodzi w coraz to niższe rejestry! Toż to strasznie skomplikowane! Nie dość, że trzeba przewidzieć rozwój melodii i zacząć odpowiednio wysoko, to jeszcze jej kołysanie tak łatwo może wyrzucić śpiewającego z zakrętu! To zresztą fascynujące zjawisko społeczne, jak bardzo Polacy nie potrafią śpiewać. Ciekawe, czy ktoś już to kiedyś badał? Oprócz “Polska, biało-czerwoni”, jest też trochę innych rytualnych zaśpiewów. Choćby “Polacy, gramy u siebie”, “Polacy, gramy do końca”, cy też “Polacy, nic się nie stało”. Te akurat są wszystkie na melodię równie prostą co “J..ć PZPN”.
Powyższy zarys polskiego folkloru kibicowskiego jest naturalnie ogólnikowy. Ale reszta jego składników ma charakter zbliżony do przedstawionych. Tandeta, nieudolność i pełna kompleksów prowincjonalność nadają ton. Niestety…
Ponieważ moje felietony są, jak wiadomo, bardzo poważne, to pora się wytłumaczyć, dlaczego poruszam temat sportowego folkloru. Robię to, bo uważam go za rzecz wbrew pozorom istotną. Nasze codzienne życie realizuje się w prostych, przyziemnych sprawach, takich jak choćby zainteresowanie sportem i kibicowanie. Te codzienne sprawy też, a może właśnie przede wszystkim one, tworzą kulturę zbiorowości. Określają poniekąd jakość naszego powszedniego bytowania. A z drugiej strony odzwierciedlają to, co nam w duszy gra. To, kim jesteśmy, co mamy dobrego, a co nam brakuje. Dlatego warto zwracać na nie uwagę.