Z którym kryzysem walczyć?
Sporo wokół słychać ostatnio o walce z kryzysem. Prezydent wygłosił mowę, zwołał nieoficjalne spotkanie byłych ministrów finansów, dziennikarze oferują swoje komentarze, rząd świętuje dodatnią stopę wzrostu - jako swoje osiągnięcie rzecz jasna. Wszyscy coś mówią. Przesiejmy ten szum i zobaczmy w takim razie, jak ma się on do rzeczywistych naszych problemów.
Jeden z komentatorów “Rzeczpospolitej” zauwazył niedawno trafnie, że podobnie jak rząd Jarosława Kaczyńskiego bezpodstawnie przypisywał swojej pracy dobre wyniki gospodarcze za jego kadencji, tak samo obecny rząd nie ma powodu chwalić się dobrymi, na tle Europy, wynikami “kryzysowymi”. Tak niewątpliwie jest. Jednak dalej ten sam komentator zaleca, żeby prace rządu oceniać po tym, jakie w najbliższym czasie będą jego wysiłki, żeby kryzys złagodzić. W tym punkcie jego opinie spotykają się więc z troską wyrażoną przez prezydenta w jego przemówieniu.
Pomińmy sprzeczności w prezydenckich postulatach, które wytyka nawet jego doradca Ryszard Bugaj. Nawet on bowiem zdaje sobie sprawę z zagrożenia wzrastającym długiem publicznym. (A to, że chętnie walczyłby z nim nakładając np. podatek od luksusu “panom rozbijającym się po Warszawie wielkimi jeepami”, to już inna sprawa. W końcu to naturalne, że jego lewicowe oko, które jeszcze do niedawna łypało znad powyciąganego sweterka, kolą owe “jeepy”.) Pan Bugaj dość słusznie dopatruje się też w prezydenckich działaniach pewnego aspektu “otuchy społecznej”, że tak to nazwę - zademonstrowania, że problem traktowany jest poważnie i że samoograniczenia w czas kryzysu są na miejscu.
No dobrze, ale to wszystko to jednak chyba coś mniej niż zalecana “walka z kryzysem”, prawda? Jak więc walczyć? Zacznijmy od ogólnego stwierdzenia: nasza gospodarka znajduje się na przecięciu poważnych probelmów bieżących (”kryzys”), które są jednak bardziej tymczasowe, z problemami o długoterminowym, strukturalnym charakterze. To zdanie jest zresztą prawdziwe także dla gospodarki amerykańskiej, a także gospodarek krajów Europy. Jest jednak zasadnicza różnica między nami, a powiedzmy Ameryką. Otóż nasze problemy z kategorii przejściowych są… znacznie mniejsze. Co to oznacza? Otóż to, że rząd powinien skupić się na rozwiązywaniu problemów długoterminowych. Prawda jest taka, że kryzysowi i tak nie może zapobiec (chyba że kosztem nieuchronego, a rychłego załamania.) Dlatego postulat “walki z kryzysem”, jeśli rozumieć go dosłownie, jest całkowicie chybiony. Chyba że myślimy o długoterminowym kryzysie strukturalnym, który nie pozwala Polsce wykorzystać swojego potencjału.
Prawdą jest jednak, że polityka gospodarcza musi być rozważna w swoim bieżącym wymiarze, bo ześlizgnąć się z liny, po której stąpamy, ciągle jeszcze możemy. Dlatego również nierozsądne byłoby zbyt mocne ograniczenie wydatków już teraz. A jednak plan na kilka najbliższych lat trzeba mieć gotowy. Czy ma go rząd, który jeszcze niedawno ukrywał przed opinią publiczną faktyczną sytuację finansów publiczych? Czy w dziele ograniczania wydatków i zmiany ich struktury chce go wspierać prezydent? Oto są pytania…