Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum: maj 2009

2009-05-31 17:46

Z którym kryzysem walczyć?

Sporo wokół słychać ostatnio o walce z kryzysem. Prezydent wygłosił mowę, zwołał nieoficjalne spotkanie byłych ministrów finansów, dziennikarze oferują swoje komentarze, rząd świętuje dodatnią stopę wzrostu - jako swoje osiągnięcie rzecz jasna. Wszyscy coś mówią. Przesiejmy ten szum i zobaczmy w takim razie, jak ma się on do rzeczywistych naszych problemów.

Jeden z komentatorów “Rzeczpospolitej” zauwazył niedawno trafnie, że podobnie jak rząd Jarosława Kaczyńskiego bezpodstawnie przypisywał swojej pracy dobre wyniki gospodarcze za jego kadencji, tak samo obecny rząd nie ma powodu chwalić się dobrymi, na tle Europy, wynikami “kryzysowymi”. Tak niewątpliwie jest. Jednak dalej ten sam komentator zaleca, żeby prace rządu oceniać po tym, jakie w najbliższym czasie będą jego wysiłki, żeby kryzys złagodzić. W tym punkcie jego opinie spotykają się więc z troską wyrażoną przez prezydenta w jego przemówieniu.

Pomińmy sprzeczności w prezydenckich postulatach, które wytyka nawet jego doradca Ryszard Bugaj. Nawet on bowiem zdaje sobie sprawę z zagrożenia wzrastającym długiem publicznym. (A to, że chętnie walczyłby z nim nakładając np. podatek od luksusu “panom rozbijającym się po Warszawie wielkimi jeepami”, to już inna sprawa. W końcu to naturalne, że jego lewicowe oko, które jeszcze do niedawna łypało znad powyciąganego sweterka, kolą owe “jeepy”.) Pan Bugaj dość słusznie dopatruje się też w prezydenckich działaniach pewnego aspektu “otuchy społecznej”, że tak to nazwę - zademonstrowania, że problem traktowany jest poważnie i że samoograniczenia w czas kryzysu są na miejscu.

No dobrze, ale to wszystko to jednak chyba coś mniej niż zalecana “walka z kryzysem”, prawda? Jak więc walczyć? Zacznijmy od ogólnego stwierdzenia: nasza gospodarka znajduje się na przecięciu poważnych probelmów bieżących (”kryzys”), które są jednak bardziej tymczasowe, z problemami o długoterminowym, strukturalnym charakterze. To zdanie jest zresztą prawdziwe także dla gospodarki amerykańskiej, a także gospodarek krajów Europy. Jest jednak zasadnicza różnica między nami, a powiedzmy Ameryką. Otóż nasze problemy z kategorii przejściowych są… znacznie mniejsze. Co to oznacza? Otóż to, że rząd powinien skupić się na rozwiązywaniu problemów długoterminowych. Prawda jest taka, że kryzysowi i tak nie może zapobiec (chyba że kosztem nieuchronego, a rychłego załamania.) Dlatego postulat “walki z kryzysem”, jeśli rozumieć go dosłownie, jest całkowicie chybiony. Chyba że myślimy o długoterminowym kryzysie strukturalnym, który nie pozwala Polsce wykorzystać swojego potencjału.

Prawdą jest jednak, że polityka gospodarcza musi być rozważna w swoim bieżącym wymiarze, bo ześlizgnąć się z liny, po której stąpamy, ciągle jeszcze możemy. Dlatego również nierozsądne byłoby zbyt mocne ograniczenie wydatków już teraz. A jednak plan na kilka najbliższych lat trzeba mieć gotowy. Czy ma go rząd, który jeszcze niedawno ukrywał przed opinią publiczną faktyczną sytuację finansów publiczych? Czy w dziele ograniczania wydatków i zmiany ich struktury chce go wspierać prezydent? Oto są pytania…


2009-05-27 14:39

Aktualności

W ramach aktualności garść “oczywistych oczywistości”.

1. Media doniosły o tajnym spotkaniu, które miała odbyć grupka bogatych mieszkańców naszej planety, w osobach Billa Gatesa, Warrena Buffeta, Teda Turnera George’a Sorosa i paru innych. Ponoć mieli oni m.in. knuć, jakby tu ograniczyć wzrost światowej populacji, który ich zdaniem może wkrótce doprowadzić do katastrofy. Zdaje się, że takie ich stanowisko było od dawna znane. Zwraca jednak uwagę, jak sami sobie psują wizerunek, organizując źle kojarzące się “zwykłym ludziom” tajemne sabaty, o których we współczesnym świecie i tak się wszyscy prędzej czy później dowiedzą. Poza tym zastanawia mnie wątłość intelektualna, z jaką tak, zdawałoby się, szeroko patrzący ludzie podchodzą do problemu. Nie jestem tu żadnym ekspertem, ale chyba kluczem do opanowania ewentualnego “niekontrolowanego” wzrostu populacji jest zapewnienie stałego wzrostu gospodarczego ubogim regionom świata. Jest to zadanie o najwyższym stopniu trudności. Intelektualnie i praktycznie. Gdyby narady bogaczy miały w tym pomóc, to chwała im za to. Jeśli jednak rzeczywiście są oni zdania, że nadmierny wzrost zaludnienia doprowadzi do dramatycznego zwiększenia efektu cieplarnianego, to można mówić o mizerii intelektualnej. Grzeszą choćby tylko prostą ekstrapolacją trendów, która nieraz już prowadziła różnych futurystów na manowce.

2. PSL w swoim żywiole. Czy komuś wydawało się, że ta partia zdominowana przez silniejszego partnera w koalicji pokorna jest i słabowita? Chyba tylko naiwnym. Znakomita pozycja lobby, które ma wpływ na kluczowe decyzje, a nie ponosi za nie praktycznie odpowiedzialności, jest pod pewnymi względami może nawet lepsza od prawdziwego “rządzenia”. Bieżący numer “Newsweeka” przynosi wieści i kalkulacje, ile jako konsumenci i podatnicy zapłacimy za bioenergię, którą z inicjatywy głównie PSL, będzie się wkrótce u nas z roślin rozmaitych pozyskiwać. Zarobią owych roślin plantatorzy, a przy okazji kilku sprytnych, którzy skorzystają z dopłat do budowy i funkcjonowania “bioelektrowni”. Czemu nie? Stać nas.

3. I PSL w swoim żywiole jeszcze bardziej. Oto zgłosili na forum Komisji Europejskiej znakomitą propozycję aby urzędowo ograniczyć marże handlowe. Twierdzą nawet, że uzyskali pewne popracie. Minister rolnictwa twierdzi, że jest to poparcie “dziesięciu państw”. “Rzeczpospolita” twierdzi, że “o zajęcie się sprawą marż apelował [również] Parlament Europejski”. Niech mi ktoś powie, że to mi się tylko wydaje! Proszę!

4. W Krakowie miasto chce, żeby zaczął funcjonować “tramwaj wodny”. Byłby to stateczek (łódź?) kursujący wzdłuż Wisły na odcinku ok. 10 km. Jak podaje “Dziennik Polski”, miasto chce, żeby “tramwaj” był nie tylko atrakcją dla turystów, ale też regularnym środkiem komunikacji dla mieszkańców. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że wspomnany wyżej dystans ma być pokonywany w mniej więcej 1,5 godziny. No ale - gdyby byli chętni… Szkopuł w tym, że ich nie będzie. Do przetargu zgłosiła się tylko jedna firma. Dwukrotnie. Przetargi unieważniono, ale miasto, uparte zrealizować swoją idee fixe, jest niejako na tę firmę skazane. A domaga się ona dopłat z miejskiej kasy. Miasto, początkowe to wykluczające, teraz już powoli się skłania ku temu wariantowi. Chyba ktoś w mieście na tym zarobi, bo inaczej nie widać tu sensu. Skoro projekt jest deficytowy, to znaczy, że lepiej byłoby już dopłacić do istniejącej miejskiej komunikacji, niż tworzyć dziwaczne i nieużyteczne “tramwaje wodne”. A jeśli ma być to atrakcja turystyczna, to też nie wiadomo, czemu miasto ma dopłacać. Powinna to być rzecz komercyjna. Albo operator tramwaju znajdzie popyt wśród turystów, albo nie. I tyle…

5. Kraków i Chorzów rozczarowane tym, że jednak Euro 2012 nie dla nich. Tak jakby to była jakaś niespodzianka! Czy jednak oprócz prestiżu tak bardzo stracą? Można powątpiewać. Podobnie jak cały kraj zresztą. Pewnie trzeba będzie do imprezy dołożyć (zarabia UEFA). Pożytki mogą być dwa. Po pierwsze wzrost morale narodowego,  a po drugie wymuszenie pożyteczych, a dawno zaniedbanych inwestycji typu drogi. Oczywiście przy okazji będą też inwestycje zbędne (np. nadmiar stadionów), które w rachunku zadziałają ujemnie. Zobaczymy…


2009-05-21 15:53

Czy prezydent słusznie się troszczy?

Kilka dni temu zasłyszałem fragment wiadomości podawanych w radiu. Mówiono o spotkaniu prezydenta Kaczyńskiego z mieszkańcami wsi. Gdzie i z jakiej okazji, tego nie wiem, bo nie dosłyszałem. Usłyszałem natomiast fragment przemówienia, które prezydent wygłosił. Brzmiało mniej więcej tak: “Sprawa zarobków ludzi na wsi jest bardzo ważną kwestią. Jest szczególnie ważną kwestią teraz, kiedy ceny produktów wiejskich maleją w stosunku do innych produktów.” (Cytuję z pamięci, więc brzmiało to trochę inaczej, ale sens był własnie ten.) I jeszcze kilka zdań w tym stylu. Takie wypowiedzi można oczywiście zaszeregować jako czystą propagandę. Zwłaszcza, że prezydent niewielki ma wpływ na sprawy gospodarczę. Jednak są one mimo wszystko dość charakterystyczne i niestety chyba miarodajne dla sposobu myślenia naszych “władz” o problemach gospodarczych.

Objawia się tutaj ponownie archaiczny sposób myślenia. Typowy bynajmniej nie tylko dla naszych kopalnych socjalistów Kaczyńskich, chociaż w ich przypadku jest on może wyjątkowo widoczny. Jednak zaryzykowałbym twierdzenie, że polityczna scena całego świata nie nadąża za wiedzą, którą nauki społeczne zdobywają o człowieki i jego działalności.

Żeby było konkretniej, wróćmy do przykładu z przemówienia prezydenta. Ingerowanie w zmiany cen produktów rolnych w stosunku do cen innych produktów, żeby chronić dochody ludzi na wsi, nie prowadzi na dłuższą metę do niczego dobrego. I w tym stwierdzeniu nie ma nic odkrywczego. Pozostaje jednak rzeczywisty problem ludzi, którzy uwięzieni są w swoich nisko produktywnych zajęciach i, co gorsze, ktorych dzieci często mają małe szanse ze swojej opłakanej sytuacji się wydostać. Znacznie cięższa jest jeszcze pod tym względem sytuacja w gettach amerykańskich miast, czy też młodzieży we francuskich skupiskach ludności pochodzącej spoza kraju. Psychologowie społeczni i ewolucyjni przekonująco pokazali, że osobowość ludzi, którzy rodzą się w takim otoczeniu, jest przez nie silnie kształtowana, negatywnie z punktu widzenia ich szans życiowych. Nawet na poziomie fizjologicznym zaznacza się ten wpływ. Celem współczesnej polityki powinno być dawanie takim ludziom szansy, zwłaszcza poprzez odpowiednio wczesny dostęp do edukacji o wystarczającej jakości, tak żeby warunki “na starcie” były możliwie najbardziej równe dla wszystkich (zupełnie równe nigdy nie będą). Na tym właśnie, a nie rozdawaniu pieniędzy klasie średniej, związkom zawodowym i innym grupom nacisku, powinny się skupić wysiłki polityków.

Nawet jeśli wiele jeszcze niewiadomych co do praktycznego wymiaru takich przedsięwzięć, to żadna to wymówka przed działaniem. I przed zaniechaniem działań, które już dawno pokazały swoją jałowość, a wręcz szkodliwość. Bariera poznawcza i intelektualna przeszkadza temu niestety. No i oczywiście, chyba jeszcze gorsza, bariera naruszanych interesów. Na wszystkim zaś ciążą stare ideologiczne gorsety. Lewica nie chce przyjąć do wiadomości, że jej tradycyjna wizja natury ludzkiej okazała się fałszywa. Nie chce też słyszeć, że wiele z jej celów łatwiej zrealizować można za pośrednictwem rynku i własności prywatnej. Także jednak prawica myśli odrzucić wiele ze swoich zakorzenionych przekonań, jeśli chcemy, żeby nasze społeczeństwa trapiło coraz mniej problemów.


2009-05-20 22:17

Niedźwiedzie usunięte

Na początek usprawiedliwienie: nie, nie oglądam festiwalu Eurowizji ani podobnych szmir. Tak się jednak złożyło, że widziałem fragment tegorocznego festiwalu, który odbywał się w Rosji. Fragment, o którym mowa, okazał się całkiem interesujący, bo nikt akurat nie eurośpiewał, za to przemycona została zręczna propaganda. Wyglądało to tak: z wycieczkowego autokaru na czele grupy turystów wysiada młoda i atrakcyjna dziewczyna, zapowiadając, że pokaże nam pokrótce Moskwę, przy okazji rozwiewając kilka mitów, żywionych wciąż na temat tego miasta na zachodzie. Następnie te mity są przez miłą przewodniczkę wymieniane. Zaczyna się od tego, że po ulicach Moskwy chodzą rzekomo niedźwiedzie, KGB wciąż rządzi Rosją jak za sowieckich czasów, Rosjanie piją za dużo alkoholu i jeszcze dwa lub trzy inne mity. Po wymienieniu każdego z nich ładna gospodyni zapewnia, że jest on nieprawdziwy. Brzmi to prosto i topornie? Prosto może tak, ale w żadnym razie topornie. Słowom towarzyszy bowiem obraz. I oto widzimy za plecami narratorki scenki dokładnie zaprzeczające jej zapewnieniom. Po ulicy idą niedźwiedzie (a raczej misie, takie mniej więcej jak w Zakopanem), jednego z nich legitymuje groteskowo przerysowany “agent KGB”, a za chwilę widzimy wielki samowar z napisem “vodka” (ułożonym łacińskimi literami, rzecz jasna) podawany gościom przy kawiarnianym stoliku. I tylko ostatni z “mitów” znajduje potwierdzenie zarówno w obrazie, jak i słowach moskiewskiej dziewczyny - to, że Rosjanie jadają kawioru jak lodów.

Mechanizm i poczucie humoru, na którym oparto ten krótki filmik są proste. Proste, ale nie prostackie. I co najważniejsze - wzbudzają śmiech i wywołują zamierzony efekt. Zastosowana prostota jest wręcz genialna - zrozumiała dla każdego i budująca pozytywny obraz Rosji. Oczywiście jako “polski rusofob” nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, że gwoździem przedstawienia, dla którego pozostałe elementy są jedynie wstępem i zakończeniem, był motyw z “agentem KGB”. Bo przecież nie niedźwiedzie na ulicach są tym elementem wizerunku Rosji, który jej władze uznać mogą za najpilniejszy problem.

Ta bardzo zręczna polityka wizerunkowa kontrastuje, jakże jaskrawie!, z naszymi własnymi wysiłkami, żeby odczarować szkodliwe mity zagranicy na temat Polski. Jeśli w ogóle o jakichkolwiek rzeczywistych wysiłkach może być mowa. Naturalnie Rosji jako państwu zarządzanemu autorytarnie łatwiej jest zrobić profesjonalną i skuteczną propagandę. U nas wewnętrzne konflikty wylewają się na zewnątrz jako narzędzie domowych porachunków. Przykłady państw szeroko pojętego zachodu pokazują jednak, że nie jest to nieuknione. Ale jak to zmienić - to jedno z tych w przeklęty sposób pasjonujących pytań, przed którymi stoimy.