Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

Archiwum: marzec 2009

2009-03-29 23:21

Który błąd gorszy?

Jeszcze o meczu Irlandia Płn.-Polska. Na stronach sport.pl (serwis należący do Agory) przeczytałem w jedej z notek określenie pierwszego z błedów Boruca jako “głupiego”, a drugiego jako “kompromitującego”. Nie ulega wątpliwości, że bramkarzowi reprezentacji nie powinien zdarzyć się żaden z popełnionych błędów i obydwa były fatalne. Ale moim zdaniem ich kwalifikacja powinna być odwrotna. To pierwszy był kompromitujący. Nie wiadomo dlaczego Boruc wyraźnie zasygnalizował, że sam zajmie się piłką, a następnie stanął w miejscu, po czym miał pretensje do obrońcy (Wawrzyniaka). To właśnie jest błąd kompromitujący, bo przeczy podstawowym zasadom bramkarskiej “taktyki”. Na miano głupiego bardziej zasługuje natomiast gol drugi (tzn. trzeci stracony, ale drugi “borucowy”). Boruc nie trafił w piłkę, bo ta podskoczyła na wyboju nierównego boiska. Oczywiście bramkarz powinien pamiętać o jego stanie i zapobiec ryzyku przyjmując piłkę (był na to czas). Najwidoczniej jednak w ferworze walki “zapomniał” o tym. A akurat wybój był w złym miejscu. Głupia sprawa… To zachowanie przy pierwszej bramce jest trudniejsze do wybaczenia i naprawdę kompromitujące, bo wiązało się z brakim odpowiedzialności w momencie, kiedy bramkarz wyraźnie zasygnalizował, że bierze ją na siebie.

Co charakterystyczne, mistrz komentarza D. Szpakowski tuszował jak mógł wyłączną niemal winę swojego pupilka za utratę gola numer jeden. Przede wszystkim obciążał tym Wawrzyniaka, w ostateczności mówił o wspólnej odpowiedzialności obydwu (nieco pod wpływem współkomentującego Andrzeja Juskowiaka, który jendak był zbyt uprzejmy, żeby otwarcie zaprzeczyć mistrzowi). Już przy trzeciej bramce nawet jednak wielbiciel Boruca nie był w stanie zaprzeczyć jego odpowiedzialności. Tym razem sprawa była zbyt jasna. Ale w istocie to ten pierwszy błąd był gorszy…


2009-03-29 15:02

Misja na całego

Najważniejszym niewątpliwie wydarzeniem poprzedniego dnia był mecz Irlandia Płn.-Polska. Nie będę się tu wypowiadał na temat jego sportowej zawartości. (Chociaż mogłoby to być ciekawym uzupełnieniem wpisu “Futbol a sprawa polska”.) Zwróćmy zamiast tego uwagę na formę. Mecz był transmitowany oczywiście w TVP. Rzec można, że przynajmniej pod tym względem realizują oni jakąkolwiek “misję”. A owszem - i to jak! Nie pierwszy już to mecz, kiedy można było się tym do woli delektować. I nie chodzi mi w tym momencie o komentarz mistrza D. Szpakowskiego, który na ogół odkrywa zajście zdarzenia na boisku tylko pół minuty po tym, jak zrobi to widz. (Rekordem było wypowiedziane niegdyś “A nie - gol!”, kiedy już piłkarze szli z piłką na środek; Najwyraźniej mistrz sięgał był właśnie po flaszkę.) Tym razem mam na myśli coś jeszcze bardziej (tak, to możliwe!) irytującego.

Ciekawe, czy wiecie, o co mi chodzi? To ważne dla mnie pytanie, z powodów, o których za chwilę. A powodem mojej bezsilnej furii są emitowane co ok. 10 min. w trakcie meczu reklamy konkursu esemesowego. Jak wiadomo w meczu piłki nożnej jest tylko jedna przerwa, więc rzeczone reklamy muszą przypadać na okres jak najbardziej regularnej gry. Są, trzeba przyznać, dyskretne, tylko jakieś, na oko, 15% ekranu. Wygląda to na przykład tak: idzie akcja po skrzydle, przerzut, minięcie obrońcy - i tu coś kolorowego nagle zasłania część boiska, a dodatkowo fruwa komputerowo wygenerowana piłeczka, co przy odrobinie szczęścia może zmylić zestresowanego kibica. I dobrze mu tak! Niech wie, że od futbolu ważniejsze są rzeczy! Na ten przykład przychody TVP. Ta jakże dyskryminowana telewizja może przecież czerpać kasę wyłącznie z abonamentu i reklam, więc konieczne, i sprawiedliwe allelluja!, jest dodatkowo wystawianie obszarpanego kapelusza w czasie meczów piłkarskich. Wiadomo w końcu, że kibice futbolu to prymitywy, więc można by im i pół ekranu zasłonić, a i tak będa będą nieprzytomnie gryźć paznokcie. Jest więc słusznie, pożytecznie, dochodowo i bezboleśnie.

Tyle że nie dla mnie! To w transmisjach telewizji “publicznej” spotkałem się pierwszy raz w życiu z taką beczelnością, żeby kibicowi zasłaniać fragment widowiska reklamą w losowych (z jego punktu widzenia) momentach. A może tak TVP spróbowałaby czegoś podobnego w jednej ze swoich znakomitych “telenowel”? Przypuszczam, że nie odważyliby się jednak zadrzeć z gospodyniami domowymi i innymi kluczowymi segmentami rynku. Z kibicami jednak przechodzi im to bezboleśnie. No właśnie! Czy naprawdę? Czy faktycznie nie ma protestów? Czyżbym był jedynym, kogo to wyprowadza absolutnie z równowagi? Czy jestem ostatnim uważnym kibicem? Jakoś nie wierzę. A jeśli nie to co? Wszyscy milczą, bo nie wierzą w skuteczność protestów? Czy też protesty przychodzą, ale nikną w gardzieli trawiącego swoją misję molocha?


2009-03-27 18:45

Czy zielone ludziki są zdradliwe?

Każdy chyba zastanawiał się kiedyś nad kwestią istnienia życia pozaziemskiego. Zwłaszcza zaś obcej inteligencji. Niektórzy nie tylko zresztą się zastanawiali, ale nawet się z nią zetknęli. Osobliwie często w Ameryce. (Wprawdzie badacze upierają się, że te przeżycia to tak naprawdę pozostałości przebudzenia w paraliżu sennym, ale kto by ich tam słuchał…) Dla nas, którzy kontaktu z obcymi jeszcze nie mieliśmy, ich istnienie pozostaje jednak zagadką.

Jak wiadomo, od dawna w sprawę wgłębiają się też naukowcy. Rozmowę z jednym z nich możemy przeczytać w ostatnim numerze “Wprost”. Ten uczony (Paul Davies) wdaje się m.in. w ciekawe spekulacje na temat możliwości istnienia innej od naszej formy życia na Ziemi. (Chodzi o mikroorganizmy w różnych niedostępnych miejscach np. w głębi Ziemi.) Ewentualne odkrycia w tej sprawie mogłyby zdaniem Daviesa pomóc ujawnić uniwersalne cechy, którymi życie cechuje się w skali kosmicznej.

Wszystko to pasjonujące, ale mnie jeszcze bardziej ciekawi nieco inna rzecz. Zastanawiam się, czy istnieją jakieś ogólne prawa rozwoju świadomej inteligencji. I czy mogłaby powstać pewna ogólna teoria rozwoju inteligencji. Jak się przypuszcza, zasadniczym napędem ewolucji umysłu człowieka była konieczność intensywnego konkurowania z innymi osobnikami tego samego gatunku. Dlatego zarówno u źródeł naszej inteligencji leży, jak też częscią naszej osobowości jest “zło”. Ogólna teoria rozwoju inteligencji mogła by spróbować odpowiedzieć m.in. na pytanie, czy zawsze tak być musi, czy też świadoma inteligencja może się rozwinąć w postaci “łagodnej”. Myślę, że można by też zadać wiele innych równie zajmujących pytań.

Oczywiście do takiej teorii daleko. W tej chwili musiałaby być tak spekulatywna, że równie dobrze można by ją określić jako literaturę SF. W końcu przecież nie wiemy jeszcze dość dobrze, jak wyglądał rozwój naszego własnego umysłu. A jednak sam pomysł snucia tego rodzaju domniemań wydaje mi się ciekawy. Pewnie Stanisław Lem mógłby napisać książkę na ten temat. Ja osobiście najbardziej cieszyłbym się, gdyby należała do groteskowego nurtu jego twórczości (np. Ion Tichy mógłby być narratorem). Ale niestety Lem już tego nie napisze…


2009-03-23 17:48

Futbol a sprawa polska

Każdemu miłośnikowi futbolu, i nie tylko zresztą, znane są dzieje i przypadki trenera Beenhakkera w Polsce. Przypominają one dylematy i przejścia krajów postkonialnych.  A także postkomunistycznych, które w końcu mogą być uznane za tych ostatnich podklasę. Podklasę o własnej specyfice, bo tu u nas kolonizatorzy nie byli bardziej cywilizowani od tybulców, a z kolei tubylcy masowo z nimi współpracowali, czerpiąc pokaźne korzyści kosztem swoich współziomków. A wszystko sumowało się do straszliwego marazmu.

I oto mamy taką sytuację: jest lokalna elita (PZPN), czerpiąca korzyści ze starych porządków, jest wyraźna potrzeba zmian, której ta elita nie może zaprzeczyć, są zwykli tubylcy, czyli my - fani piłki nożnej, i jest wynajęty z zewnątrz reformator - pan Beenhakker. Stara elita używa mocnych zaklęć dla podtrzymania swojego autorytetu (”polska szkoła piłki nożnej” itp.), fani chcą sukcesów, a wynajęty fachowiec lawiruje w tym wszystkim.

Historyjka idzie tak. Tubylcy widzą potrzebe zmian, ale stare elity chcą zachowania przywilejów. Gra sił doprowadza w końcu do wynajęcia eksperta z zewnątrz, ale dopiero wtedy zaczyna się przedstawienie. Początkowo, po wstępnych przepychankach, obcy zostaje bohaterem. PZPN musi milczeć, bo narazi się na gniew lud. Później jednak trener potyka się w dokładnie tym samym miejscu, co jego miejscowi poprzednicy. To ośmiela drapieżniki i padlinożerców. Lud jest trochę podzielony, ale w większości nadal popiera przybysza. Następuje seria obustronnych posunięć. Wyłaniają się dwie wersje wydarzeń. Trener twierdzi, że cierpi katusze z powodu polskiej specyfiki kulturowej, by tak rzec (dziennikarze, pomówienia, powszechne plotkarstwo itp.), ale jednocześnie zapewnia, że chce dalej tu pracować. PZPN i część prasy natomiast snują podejrzenia, że Beenhakker lekceważy swoje obowiązki i za ich plecami przygotowuje już nowy kontrakt gdzie indziej. Te motywy powtarzają się w różnych układach i wariacjach. Przeciętny tubylec na ogół popiera trenera, ale jest to raczej akt wiary (wzmocniony niechęcią do kacyków z PZPN), a nie przemyślana decyzja, bo do pełnych informacji zwykły kibic dostępu naturalnie nie ma. Wielu zresztą już narzeka na starego Holendra i życzy mu szybkiego powrotu, skąd przybył.

W tej historyjce jak w pigułce zawarte są zasadnicze problemy trapiące nasz kraj. Potrzeba nam jest modernizacja, a o nią najłatwiej korzystając z gotowych wzorów i posiłkując się zasobami z zewnątrz. Silna jest też jednak nieufność nie tylko wobec starych elit, ale i obcych, którzy próbują nas pouczać i zmieniać. Tubylec drapie się po głowie, nie mogąc odróznić eksperta od szarlatana i lekarstwa od trucizny. Chciałby zmiany, ale tak, żeby było po staremu. Jego łaska na pstrym koniu jeździ, a lokalne elity mu w tym niewiele pomagają. Bo same chcą się jak najdłużej utrzymać w siodle i muszą umiejętnie zarządzać wierzganiem. Wszystko to gdzies dryfuje, czasem lepiej, czasem gorzej, ale jasnego kierunku nie widać.


2009-03-18 0:35

Opiniotwórczość (4)

W “Rzeczpospolitej” tym razem artykuł, którego autor, pan Staniłko, postuluje, żeby połączyć w publicystyce zalety fachowego wglądu z bardziej ogólnym spojrzeniem, pozbawionym profesjonalnego gąszczu szczegółów. Postulat to słuszny. Sam autor stara się go następnie zrealizować w swoim tekście. Czytamy więc i wkrótce trafiamy na minę. Jest nią zdanie: “(…) Keynes (…) nie zgadzał się z założeniami ekonomii neoklasycznej (tzw. austriackiej)(…)” Właściwie można po czymś takim przestać czytać. Jeśli autorowi poważnego artykułu nie chciało się sprawdzić różnicy między pojąciami “ekonomia neoklasyczna” i “ekonomia austriacka”, to nie jest dobrze. Ale jednak warto się przemóc i czytać dalej, bo dalej jest lepiej.  Tekst jest naprawdę dobry. Wprawdzie sformułowanie “załamanie ponowoczesnego modelu kapitalizmu” wymagałoby doprecyzowania, czym ów “ponowoczesny model” jest. Sprowadzenie specyfiki współczesnego kapitalizmu jedynie do rezygnacji ze złotego standardu jest nie tylko uproszczeniem. Również chyba demonizowaniem tej właśnie jego cechy (wynikającym zapewne z konserwatywnej orientacji autora). Ale to, trzeba przyznać, trochę kwestia osobistego “ekonomicznego credo”, a publicystyka dopuszcza pewne przerysowania. Gorzej jest pod koniec.  Pan Staniłko pisze: “Zamiast wchodzić w (…) ERM2, rząd powinien przede wszystkim kupić Polakom po okazyjnej cenie kilka lokalnych banków.” No tak… Co to znaczy “kupić Polakom”. I po co? Czy po to, żeby znacjonalizować? Tego autor nie wyjaśnia. Wprawdzie narodowość właścicieli może mieć znaczenie w przypadku kryzysowych perturbacji , ale nie uzasadnia to wcale trwałej nacjonalizacji. Mam nadzieję, że Polscy konserwatyści nie są jej rzecznikami. Jeśli zaś nie o nacjonalizację chodzi, to potrzeba dalszych szczegółów. Komu sprzedać owe kupione banki i jak uniknąć przykrych zjawisk, które na ogół pojawiają się, gdy prywatne styka się z państwowym. Mimo to powtórzę: artykuł naprawdę na dobrym poziomie, w dużym stopniu spełniający zamierzenie autora o rzuceniu ogólniejszego spojrzenia, przy zachowaniu niezłych kryteriów fachowości.


2009-03-11 17:56

Małpie figle

W “Rzeczpospolitej” można dzisiaj przeczytać (http://www.rp.pl/artykul/9129,274640_Malpia_strategia_miotania_kamieniami.html) o szympansie ze szwedzkiego zoo, który spodziewając się zwiedzających gromadzi zawczasu odpowiednio posortowane zapasy kamieni, aby później wykorzystać je jako pociski przeciw owym zwiedzającym. W artykule napisano, że to kolejny dowód na inteligencję i wysoki stopień świadomości szympansów. Z pewnością tak. Fascynujące (i często odrażające zarazem) zachowania społeczne szympansów zostały już szczegółowo opisane w literaturze, a wyrażenie “szympansia polityka” jest dobrze znane. W przykry sposób ta polityka bardzo przypomina naszą własną. Zarówno w sensie ścisłym, jak i szerszym - konkurowania o wpływy w ludzkich grupach. Ciekawe czy tak, jak my patrzymy z pewną wyższością na szympansy, które z niesłychaną brutalnością walczą o władzę i monopolizowanie samic, ktoś kiedyś spojrzy na nas. W końcu jeśli jesteśmy, mimo wszystko, doskonalsi moralnie od szympansów, to nowa odmiana naczelnych może być doskonalsza od nas. Nowa odmiana, czyli niejako my sami za ileś tam lat. Bo chyba to my mamy największe szanse ewolucyjnie się ulepszyć pod tym względem. Wtedy interesująca byłaby sytuacja badań (historycznych?) nad impulsywnymi zachowaniami naszego gatunku, prowadzonych przez gatunek bardziej opanowany i samoświadomy. A jak ten gatunek mógłby wyglądać i czy wystąpiłyby (i jakie ewentualnie) koszty jego moralnego udoskonalenia? To dobry temat dla naukowców, którzy chcieliby trochę pofantazjować.

A tymczasem muszę przyznać, że wcale się szwedzkiemu szympansowi nie dziwię. Gdyby do mnie codziennie przychodziły tłumy gapić się na mnie, też bym zaczął czymś rzucać. A bycie szympansem zapewne ochroni naszego bohatera przed ingerencją egalitarnego ogółu w nadmierne wybuchy indywidualizmu.


2009-03-11 17:27

Czy ruch może być płynniejszy?

Dobrze znaną plagą naszych dróg jest zachowanie kierowców w ruchu miejskim sterowanym światłami. Z bliżej nieznanych powodów wielu kierowców po zmianie świateł rusza wolno i z ociąganiem. Często bieg wrzucany jest dopiero, kiedy zapali się zielone. Niektórzy sprawiają wrażenie, jakby coś kontemplowali przed wjazdem na skrzyżowanie (krótka modlitwa?) albo uważali, że konieczna jest kilkusekundowa pauza przed ruszeniem. Zmniejsza to płynność ruchu i znacząco wydłuża czas podróży dla wszystkich. Słychać na to wiele narzekań, ale stan rzeczy raczej się nie zmienia.

Nietrudno zauważyć, że opisane zachowanie może się utrzymywać, bo sam leniwie ruszający kierowca nie ponosi żadnych bezpośrednich konsekwencji swojej opieszałości. Stoi blisko skrzyżowania i wie, że i tak przejedzie. A ci z tyłu… Ich problem. Mimo to można mieć nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Krzepiącym przykładem, który o tym świadczy jest rozpowszechniony już zwyczaj wpuszczania samochodów z pozycji podporządkowanej do ruchu. Przecież na dobrą sprawę wpuszczający nie ma w tym żadnego interesu. Na wzajemność trudno liczyć w warunkach anonimowego wielkomiejskiego ruchu drogowego. A jednak się to dzieje. Podobnie może wykształcić się zwyczaj, czy powiedzmy wręcz norma, sprawnego ruszania na światłach. Pytanie tylko jak i kiedy? No i czy na pewno tak się stanie.

Kto miał kiedyś kontakt z nauką ekonomii, od razu zauważy analogie między problemami, o których mowa, a zagadnieniami z teorii tej nauki. Tradycyjnie obowiązujące założenie homo economicus - jednostki z bezlitosną wręcz racjonalnością zwiększającej swój własny dobrobyt w każdej sytuacji - nie pozwalałoby na wytłumaczenie takich zachowań, jak dobrowolne ustępowanie pierwszeństwa w ruchu drogowym. Na szczęście od jakiegoś czasu ekonomiści bardziej realistycznie podchodzą do opisu ludzkich zachowań. Łączenie badań z zakresu psychologii i ekonomii jest jeszcze we wczesnych stadiach rozwoju, ale jako jedyne może dać pełniejszy obraz człowieka w jego działalności gospodarczej (a jest ona tylko częścią ludzkich zachowań, a nie czymś odrębnym). Na razie jednak nie wiemy ani jak doprowadzić do tego, żeby na polskich skrzyżowaniach zmniejszyły się korki, ani jak doprowadzić do przebudowy naszych instytucji politycznych i społecznych tak, żeby wreszcie Polska w pełni wykorzystała swój potencjał.


2009-03-09 21:07

Opiniotwórczość (3)

Przy robieniu poprzedniego wpisu przypomniał mi się jeszcze jeden przypadek ciekawostki z artykułu prasowego. Bardzo opiniotwórczego artykułu, bo znane nazwisko i poważna gazeta (Rzeczpospolita). Ponieważ ten przypadek wydaje mi się zarówno zabawny, jak i symptomatyczny, więc go przytoczę.

Autorem był Zygmunt Bauman, znany socjolog (lewicowy, ale nie w tym rzecz). Nie pamiętam, o czym dokładnie był artykuł. Zdaje się, że o globalizacji lub pokrewnych problemach. Nie temat całości jest tutaj  istotny, a pewien fragment artykułu. Otóż w tym fragmencie profesor Bauman zajął się sprawą wad PKB jako miary rozwoju gospodarczego. Zanim przeszedł do rzeczy, napomknął coś w stylu, że długo się nad tym zastanawiał. Wnioski przedstawił więc jako rezultaty własnych długoletnich przemyśleń. No i zaprezentował je. Z tego, co pamiętam wszystkie były, uwaga… rozsądne i uzsadnione. No to o co chodzi? O drobny szczegół: studenci ekonomii poznają je od wielu lat na pierwszym roku nauki. Zdaje się więc, że sławny profesor w natężeniu umysłu sam wymyślał krytykę PKB, zamiast otworzyć podręcznik do ekonomii. Rezultaty swoich dociekań podał zaś tonem dyskretnie sugerującym odkrywcze objawienie.

Nie jest moim celem pastwić się nad panem Baumanem. W końcu w swoim rozumowaniu profesor wykazał się inteligencją, spostrzegawczością i zmysłem krytycznym. A jednak oprócz humorystycznego aspektu sprawy jest też wspomiana na wstępie symptomatyczność. Oto sławny socjolog, dla niektórych podobno nawet “guru”, wypowiada się o ważnych rzeczach, robiąc wypady  w dziedzinę ekonomii, bez sprawdzenia podstawowych ustaleń tejże. Można się obawiać, że nie jest to przypadek odosobniony. Zarazem pokazuje, że nie tak łatwo być myślicielem interdyscyplinarnym. A zgodzić się należy, że tacy są bardzo potrzebni. Ale o tym innym razem…


2009-03-09 20:32

Opiniotwórcza prasa (2)

Nowy tydzień daje kolejną okazję do podjęcia tematu “prasa opiniotwórcza”. Oto “Wprost”, aspirujące niewątpliwie do tego miana, zamieściło artykulik Mariusza Świetlickiego, pt. “Indeks Marylin Monroe”. Autor w prostych słowach (co jest oczywiście zaletą) zajmuje się problemem niedoskonałości miernika, którym jest produkt krajowy brutto (PKB). A właściwie omawiana jest jedna niedoskonałość - to, że PKB nie informuje dość dobrze o poziomie życia obywateli, ponieważ ten ostatni zależy od poziomu konsumpcji, a PKB obejmuje całość produkcji. W rezultacie “dobrobyt obywatela” może być zawyżony, jeśli kierować się będziemy tylko wartościami PKB.

Do tej pory OK. (Chociaż zdaje się, że autor nie uniknął jednej nieścisłości, ale teraz dla nas nieważnej). Jednak dalej dr Świetlicki postuluje kierowanie się “indeksem Marylin Monroe” , który jest “lepszy”. Czym ma być ten indeks? Po prostu wartością łącznej konsumpcji w gospodarce. Artykuł zestawia przypaku Chin i USA. Podczas gdy w wybranych okresach w Chinach wzrost PKB przekraczał wyraźnie wzrost konsumpcji - w USA było odwrotnie. W przypadku Polski zaś w ciągu ostatnich 10 lat to PKB rósł szybciej.

Autor przypisuje ten efekt “przede wszystkim przyrostowi zapasów w przedsiębiorstwach”. Pisze następnie: “Jeśli więc przestawimy nasze myślenie ze wzrostu PKB na wzrost indeksu MM, to powinnśmy także zmienić cele polityki gospodarczej. Państwo powinno tworzyć warunki do swobodnej działalności gospodarczej, do wytwarzania dóbr i usług, które konsumenci będą chcieli nabywać.”

W związku z tymi tezami nasuwają się następujące pytania:

1. Jaki jest związek wyboru miernika poziomu zamożności z “tworzeniem warunków do swobodnej działalności…” itd.?

2. Czy rzeczywiście przez 10 lat polskie przedsiębiorstwa dzielnie gromadziły zapasy, przez co PKB rósł szybciej niż konsumpcja? Może się mylę, ale bardzo w to wątpię. Przypuszczam, że powód był inny. Do sprawdzenia w statystykach narodowych…

3. Czy naprawdę zmiany wartości konsumpcji są najlepszym, jedynym i ostatecznym wskaźnikiem dla polityki gospodarczej? A może ten problem (relacji dynamiki i udziału konsumpcji do PKB) zarówno w przypadku Chin, jak i USA ma jakiś związek ze zjawiskami makroekonomicznymi w skali międzynarodowej, w szczególności obecnym kryzysem?

4. No dorze, to słowo musi w końcu paść: A inwestycje? Ograniczenie bieżącej konsumpcji niekoniecznie oznacza, że “pracownicy muszą więcej pracować na konsumpcję kogoś innego”. Pracują na ogół więcej na własną konsumpcję w przyszłości. Zdaje się, że teoria wzrostu gospodarczego zanalizowła już ten problem. Dziwne, że przemilcza to autor artykułu.

5. Czy “Wprost” rzeczywiście nie stać na zamawanie felietonów u komentatorów gospodarczych z najwyższej półki? Np. parę razy można tam było przeczytać artykuły prof. Orłowskiego. Czemu zniknęły? Czyżby rozbudowując opiniotwócze działy dotyczące mody, ubioru i gadżetów trzeba było oszczędzić na gospodarce? Szkoda byłoby całkiem niezłego na nasze warunki tygodnika…


2009-03-08 2:35

Jeśli kotlety to czemu nie smalec?

Niedawno znów przeczytałem o przypadku odebrania psa właścicielowi, który zamierzał użyć go do wyrobu smalcu. Dało mi to do myślenia. Powody, dla których można w Polsce zabić świnię, żeby zjeść jej mięso, a nie można pozyskać smalcu z psa, wydają się dość zagadkowe. Słyszę już głosy oburzenia wywołane tym zdaniem, ale spróbujmy podejść do sprawy bez uprzedzeń i nadmiernych emocji. Psy uważamy za zwierzęta inteligentne i związane z człowiekiem. Ale świnie też są podobno inteligentne (w porównaniu do innych zwierząt) i również związane z człowiekiem. Zresztą to ostatnie kryterium nie jest chyba najlepsze dla rozstrzygania, czy zwierzę można zjeść, czy nie. Przecież dopuszczenie wyrobu smalcu z psów nie byłoby równoznaczne z nakazem uboju każdego ulubieńca domu. Zapewne tylko niewiele osób zdecydowałoby się na ten proceder. Mamy więc do czynienia z niekonsekwencją. Jeśli bowiem przyjąć, że nasze postępowanie wobec zwierząt powinno być wyznaczane przez ich inteligencję i “stopień świadomości”, to dlaczego traktujemy dwa zbliżone pod tym względem zwierzęta inaczej?

A więc jeśli za standard przyjąć podejście do świń, to zabranianie wytopu smalcu z psów stanowi jawne ograniczenie prawa własności. Od czasów rzymskich przyjmuje się, że składnikiem prawa własności jest prawo do swobodnego rozporządzania jej przedmiotem. Naturalnie nie oznacza to, że należy pozwolić na znęcanie się nad posiadanym zwierzęciem. Powinno to być zabronione zarówno ze względu na zwierzę, jak i posiadacza (tortury “odczłowieczają” torturującego). Zabić psa przed przerobem na smalec można jednak oszczędzając mu cierpień. Jeśli natomiast za standard przyjąć postępowanie wobec psów, to należałoby zabronić uboju świń.

Czy możemy w takim razie znaleźć jakiś rozsądny powód, dla którego świnię wolno przerobić na kotlety, a psa na smalec - nie? Wydaje mi się, że jest tylko jedno możliwe wytłumaczenie - jest to kwestia tradycji. Jakie jednak powinno być nasze podejście do tradycji? Czy warto jej przestrzegać?

Rolę tradycji w życiu społeczeństwa trafnie scharakteryzował Friedrich A. Hayek. Zauważył on, że wiele istotnych i pożytecznych mechanizmów działających w społeczeństwie (zwyczaje, instytucje itp.) opiera się na wypracowanych przez długi czas rozwiązaniach. Nie są to jednak rozwiązania świadomie zaprojektowane - często sposób ich działania i przyczyniania się do dobra wspólnoty pozostaje nieznany. Dlatego należy ostrożnie postepować ze zmianami społecznymi, a do tradycji trzeba mieć szacunek. Nie zmniejsza to wartości ulepszeń i eksperymentowania. Jednak najlepiej jak zmiany są stopniowe, a eksperymenty wypróbowane w mniejszej skali. Uznając te twierdzenia, wiemy m.in. dlaczego nie byłoby dobrze, gdyby Europa ujednoliciła wszelkie praktyki społeczne w drodze odgórnych decyzji.

Wracając do sprawy psów i świń: istnienie tradycji nieprzerabiania psów na smalec trzeba szanować. Może tkwić w niej jakiś nieznany sens w kontekście funkcjonowania naszej społeczności. Istnienie takiego zwyczaju jest jedynym argumentem, którym ten zakaz da się uzasadnić (przy założeniu, że pozostajemy przy jedzeniu świń). Z drugiej strony, aż się prosi o zaeksperymentowanie… Osobiście byłbym za dopuszczeniem przerobu psów, ale rozumiem, że zwyczaj jest ważną rzeczą.

Ważne uzupełnienie: w powyższych rozważanich pominąłem zupełnie rozsztrzyganie, jaka powina być nasza etyka postępowania ze zwierzętami. Czy np. należy je zupełnie “wyzwolić”. Jak wiadomo, są zgłaszane w tej materii różne daleko idące postulaty. Jednak nie było to najważniejsze dla mojego wywodu, a poza tym nie czuję się kompetenty do podjęcia tego tematu.