Nie tak dawno premier powiedział, że wraz z Panami Kaczyńskim i Gosiewskim nie był w stanie wymyslić pytania, na które obywatele mieliby odpowiadać w czasie ewentualnego referendum. Niektórzy uznali to za unik ze strony premiera, którego partia, jak wiadomo, jest takiemu referendum niechętna. W przeciwieństwie do PiS oczywiście. Czy jednak rzeczywiście była to tylko próba odsunięcia niewygodnego tematu? Zastanówmy się nad tym bliżej.
Po pierwsze, Polska zobowiązała się do przyjęcia euro w momencie dołączenia do Unii Europejskiej. Była to “transakcja wiązana”. (Nie wiąże nas jednak żaden termin, sprawę można więc odwlekać dowolnie długo. Przynjamniej w zasadzie, bo politycznie może się to okazać niewykonalne. ) Na dobrą sprawę więc pytanie “Czy jesteś za wprowadzeniem euro?” byłoby równoznaczne z pytaniem “Czy jesteś za pozostaniem w EU?”. Pytanie takie oczywiście można zadać, choćby po to, żeby wiedzieć, czy należy odwlekać przyjęcie wspólnej waluty, jak długo się da. (Zakładając, że wola ludu ma o tym rozstrzygać, o czym dalej). Gdyby jednak ludzie powiedzieli “nie przyjmować”, to trochę niezręcznie byłoby im później tłumaczyć, “myśmy tylko żartowali, euro być musi, co najwyżej trochę później”. Z tego by wynikało, że to najprostsze pytanie odpada.
Można w takim razie zapytać “Czy jesteś za wprowadzeniem euro w momencie x” (np. “jak najszybciej albo “do 2015 roku). Jaka jednak będzie wartość informacyjna takiego referendum? Przy odpowiedzi “tak” mamy raczej jasność co do woli ludu. Ale co będzie w przypadku “nie”? Czy wtedy mamy przyjąć, że ludzie w ogóle nie chcą euro? A może chcą go dokładnie w 2016? Albo w 2021? Nie wiadomo… Co prowadzi nas jednak do następnego pytania. Mianowicie…
…czy wola ludu tak dobrze okreslić potrafi optymalną datę wprowadzenia euro, że należy tej woli usłuchać? No i w ogóle, skoro już taką kwestię poruszamy, czy samo wprowdzenie euro jest czymś, co czym ma decydować “społeczeństwo”? Co do pierwszego pytania, to nawet nie będę się specjalnie nad tym rozwodził, bo chyba sprawa jest oczywista. Ludzie nie mają takich kompetencji, chyba że uznamy, że ich kaprys ma być tutaj decydującym kryterium. Ciekawsze jest pytanie drugie. Odpowiedź na nie zalezy od wcześniejszego rozstrzygnięcia “pytania pomocniczego”. A brzmi ono: czy pytamy ludzi dlatego, że złoty jest częścia, powiedzmy, narodowego dziedzictwa, potencjalnie ważną emocjonalnie dla każdego Polaka, czy też po prostu chcemy wiedzieć, co najbardziej przysłuży się dobrobytowi kraju. W tym drugim przypadku chodzi o pewne narzędzie, które ma służyć ważnemu celowi. Nie euro jest ważne jako takie, ale to, czemu ono ma służyć. Konsekwentnie: jeśli chcemy dokonać wyboru na podstawie tego, czy pan Kowalski jest przywiązany do złotego, to należy zdać się na wolę ludu. Jeśli jednak pytamy, o narzędzie służące lub nie gospodarce, to argument za referendum staje się nader wątły. Ludzie chcą być bogatsi, a nie biedniejsi. O to możemy ich zapytać w referendum (tyle że akurat nie musimy). Ale czy warto ich pytać o to, jak szczegółowo państwo ma temu sprzyjać? Przecież takim pytaniem są już poniekąd regularne wybory władz państwowych. A w kwestiach “narzędziowych” ludzie nie tylko nie mają wiedzy, ale co gorsza, mają często “wiedzę ujemną” - błędne przekonania i niespójne poglądy. Rozbijanie procesu decyzyjnego na zbyt szczegółowe składniki każe zapytać, po co nam w ogóle w takim razie demokracja przedstawicielska?
Jaki z tego wniosek? Chyba taki: jeśli wprowadzenie euro mamy traktować w kategoriach gospodarczych, to nie ma żadnego pytania, które miało by sens w referendum. Pytania mające sens istnieją, ale tylko wtedy, jeśli chcemy uzależnić decyzję od spraw czysto emocjonalnych (”kaprys ludu”). Dlaczego jednak mielibyśmy to robić, zwłaszcza że te emocje mogą łatwo ulec zmianie?