Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

2010-09-03 23:27

Odpowiedzialność

Kupiłem sobie niedawno butelkę whiskey. Może nieszczególnie wyrafinowanej, ale całkiem przyjemnej, dobrej do bezpretensjonalnej konsumpcji. Naturalnie nie będę zdradzał nazwy, ale powiem, że jest to marka popularna i jej nazwa pada w znanym kawałku Toma Waitsa “Tom Traubert’s Blues”.

No i niespodzianka. Na kontretykiecie znalazłem napis w kilku językach. Po angielsku brzmiał zgoła niezaskakująco, mianowicie “Drink responsibly”. OK, to już znamy, choćby z reklam piwa widocznych na stadionach piłki nożnej. Jednak już polska wersja okazała się znacznie ciekawsza. Ni mniej ni więcej, ale brzmiała tak: “Pij rozważnie” i uwaga! “Alkohol to odpowiedzialność”. W pierwszej chwili poczułem, jak jakieś niewidzialne brzemię osiada mi podstępnie na ramionach w ten beztroski w zamierzeniu piątkowy wieczór. Ale na szczęście zaraz stanął mi przed oczami obraz setek bezimiennych ludzi, mężczyzn na ogół, którzy mierzą się z tym ciężarem dzień w dzień od rana, i od razu poczułem się lżej. Mimo wszystko jednak w przyszłości będę staranniej czytał etykiety przed zakupem.

2010-09-03 23:17

Patriotyzm to pragmatyzm

Po pewnej przerwie wracam…

Roman Graczyk, jeden z najlepszych komentatorów naszej polskiej rzeczywistości opisał na swoim blogu sytuację wracającego z dłuższego zagranicznego pobytu rodaka. Nieuchronnie pojawiły się w tym opisie wrażenia ze świeżej obserwacji naszego niezbyt świeżego zacofania, które przejawia się w stanie dróg chociażby. Pan Graczyk podaje kilka przykładów tego przygnębiającego stanu rzeczy. Są one zaczerpnięte z tzw. życia codziennego i bynajmniej nie dotyczą jakichś bogoojczyźnianych abstrakcji.

I dlatego trafiają w sedno. Abstrakcje i idee są w życiu społeczeństwa niezwykle ważne, ale ostatecznie dlatego, że ich zakończeniem są konkrety. Na postawione sobei samemu pytanie, dlaczego jednak Poska, Roman Graczyk odpowiada: “Moja [odpowiedź] jest taka: wybieram Polskę, bo tak mi się podoba. Podoba mi się, że w tym kraju jest wiele do zrobienia, chociaż bardzo mi się nie podoba żółwie tempo zmian.” A później jeszcze uzupełnia w odrobinę bardziej podniosłym tonie.

My jednak zastanówmy się nad pytaniem, co by było, gdyby się jednak nie udało nic skutecznie tutaj zrobić. To znaczy, gdyby się nie udało na amen, że tak to ujmę. Co wtedy? Czy nadal mamy gromadzić się pod sztandarem polskości?

Pytanie jest aktualne o tyle, że ewidentnie zatraciliśmy kurs i nie mamy własnej tożsamości, której chcemy bronić. Patriotyzm jest w ostatecznym rozrachunku kategorią pragmatyczną, a wszelki jej mistycyzm albo narzędziem do celu, albo niebezpiecznym złudzeniem. Dzisiaj, kiedy ciemne chmury napłynęły nad beztroski Zachód, a nasz wschodni sąsiad gra w swoją starą grę, brak pojęcia może być zgubny. Jednak patrząc w długiej perspektywie tylko globalna katastrofa mogłaby przerwać poprawę losów, której doświadcza człowiek. Wszelkie wynaturzenia będą tylko przejściowymi załamaniami, tak jak był nim komunizm. Ale na przykładzie komunizmu właśnie widać, że warto się przejmować. Te “przejściowe załamania” będą może tylko rozdziałem w przyszłych podręcznikach historii, ale dla nas mogą oznaczać stratę pokolenia, albo nawet paru. Dlatego polskie dziurawe drogi to problem sięgający daleko poza swoją dosłowną doniosłość.

2010-06-18 1:22

Dobra decyzja

Dokonany niedawno wybór Marka Belki na prezesa NBP można skomentować krótko - to dobra decyzja. Nie mam żadnych wątpliwości co do jego kwalifikacji oraz odporności na naciski polityczne. Zapewne prawdą jest, jak wskazują zwłaszcza komentatorzy zaliczani do prawicowych, że ta nominacja była wynikiem przedwyborczej gry politycznej w wykonaniu PO. A jednak dobry skutek pozostaje dobry, nawet jeśli jest wynikiem starań o własną korzyść. I nawet jeśli same motywy ocenialibyśmy jako niewłaściwe z punktu widzenia “państwotwórczego”. A co do zarzutów, jakoby pośpiech w mianowaniu prezesa miał służyć zawładnięciu NBP, to akurat bardzo wątpię, żeby to się w tym przypadku mogło powieść. PO wprawdzie już wcześniej niebezpiecznie pomieszało działalność NBP z polityką, ale teraz - patrz wymienione wyżej atuty profesora Belki.

Z drugiej strony nie ma się co łudzić, że ta dobra decyzja wynikła ze średnio dobrych motywów dzięki systemowym cechom naszego ustroju politycznego. Nic podobnego. Po prostu takie były konkretne okoliczości, że akurat nieźle wyszło. Jednocześnie przyznajmy, że akurat rada polityki pieniężnej, jej wyłanianie i funkcjonowanie należą do jaśniejszych punktów polskiego systemu władzy. Pora może wprowadzić podobne mechanizmy w sferę polityki fiskalnej. Konkretnie - ustalania jej zasadnicznych ilościowych parametrów. Że to bardzo nowatorskie? No może, ale słyszałem, że obecny rząd chce odważnie modernizować Polskę. Prawda?

2010-06-06 20:40

Nie-kto?

Zbliża się termin wyborów prezydenckich, a wraz z nim odwieczny dylemat “na kogo głosować”. Dylemat to zaiste ciężki, bo tradycją już niemal stało się u nas podejmowanie decyzji na zasadzie mniejszego zła czy też głosowanie na nie-kogoś tam (np. nie-Wałęsę lub nie-Kwaśniewskiego). Wiele wskazuje, że i tym razem może być podobnie.

Czy bowiem którykolwiek z kandydatów zasługuje na zdecydowane, pozytywne poparcie? Raczej nie. I dotyczy to wszystkich, również “drobnicy”. Ograniczmy się jednak to dwóch mających realne szanse. Ze względu na nasz system polityczny głosowanie na kandydata na prezydenta wiąże się ścisle z całością sceny, obejmującą parlament i rząd. Poparcie udzielane jednemu z nich jest jednocześnie poparciem dla reprezentowanej przez niego partii i wpływa w jakimś stopniu na jej siłę czy to w rządzie, czy w opozycji. Są to rzeczy znane.

Spójrzmy na kandydata siły obecnie rządzącej. Widzę jeden tylko powód, żeby na niego głosować. Mianowicie taki, żeby pozbawić PO wymówki, jakoby nie przeprowadzała żadnych działań reformatorskich, ponieważ wobec prezydenckiego weta są one z góry skazane na porażkę. A może to wcale nie wymówka? Sprawdzić to można wyłącznie wybierając Bronisława Komorowoskiego na prezydenta.

A jednak z drugiej strony działania czy raczej zaniechania PO są tak wielkie i tak jaskrawie sprzeczne z wcześniejszymi obietnicami, że partia z pewnością nie zasługuje na nagrodę w postaci urzędu prezydenta. Tym bardziej, że skoro żadnej chęci modernizacyjnej w praktyce nie zaobserwowano, to wersja wymówki zdaje się jakby prawdopodobniejsza.

A więc na Kaczyńskiego? Taka byłaby logiczna konkluzja. Jednak ten kandydat też budzi niepokój. Do tej pory wykazywał niepokojący rozziew między zamierzeniami, a środkami i skutecznością. Mam na myśli cele ostateczne dla funkcjonowania państwa, nie samą walkę o władzę. Co do działań na arenie międzynarodowej, to słusznie postuluje zyskanie podmiotowości przez Polskę. Ale czy będzie potrafił uprawiać niełatwą dyplomatyczną żonglerkę? Jemu samemu i jego świętej pamięci bratu różnie to wychodziło. Co do kwestii gospodarczych to ostatnio jakby nieco więcej treści i sensu pojawia się w wypowiedziach, ale dawniej nie było to regułą. Nie wiadomo też, jakim doradcom dawałby posłuch. (Zaniepokoiła mnie na przykład wypowiedź Jadwigi Staniszkis, że Jarosław Kaczyński chce odbudować podmiotowość gospdarczą Polski. Niby brzmi dobrze, ale kryć się za tym mogą chybione projekty. Podejrzenia takie wzmacnia we mnie to, ze pani Staniszkisz ma przesadną moim zdaniem wiarę w skuteczność isnpirowanych odgórnie działań. ) Trudno więc orzec, czy pan Kaczyński jako prezydent rzeczywiście sprzyjałby modernizacji kraju.

Dodać należy, że w dwóch ostatnich kwestiach - dyplomacji i gospodarce - pan Komorowski nie prezentuje się chyba wcale lepiej. Zdążył popełnić liczne gafy, również za granicą. A ostatnio zasłynął ciekawą wypowiedzią, że do strefy euro należy dołączyć, gdy wzrost wewnątrz niej będzie wyższy od polskiego. (Pomijając już, że małe na to szanse w dość konkretnej przyszłości, co komentatorzy prasowi słusznie zaraz wytknęli, to mnie bardziej nurtuje, jak on doszedł do tego wniosku. Na podstawie jakiej wiedzy ekonomicznej?) Nawet gdyby uznać, że będzie on tylko “przedłużeniem PO”, to trzeba zaznaczyć, że niedbałosć, z jaką jego partia traktuje polityczną międzynarodową podmiotowosć Polski, jest irytująca.

A więc nie-Komorowski czy nie-Kaczyński? Wybór należy do nas.

2010-05-14 14:50

Przedstawienie

Całkiem zabawne jest przedstawienie pod nazwą “kampania wyborcza”. Nie tyle jednak w samych poczynaniach kandydatów, choć i tutaj bywa nieźle, vide choćby używanie Wikipedii jako źródła prawa przez p.o. (i jednoczesnie PO) prezydenta. Znacznie jednak bardziej ucieszna jast cała panorama medialnych walk zwolenników obydwu głównych obozów. Regularnie dowiadujemy się bowiem, że jedna ze stron dopuszcza się skandalicznych metod i sięga po środki, które z racji nie tylko dobrego smaku, ale i dobra demokracji i jakości publicznej debaty, powinny być wykluczone. Naturalnie, zawsze jest to strona przeciwna do upodobań wypowiadającego się.

I bynajmniej nie w pierwszym rzędzie mam tu na myśli wypowiedzi polityków lub quasi-polityków. Chociaż ci ostatni są tu elementem znaczącym. Świetny przykład to Kazimierz Kutz - człowiek, który potrafi zabrać zdecydowany głos na dowolny temat, rozstrzygając sprawę ostatecznie i rozdeptując z obfitym pluciem potencjalnych oponentów. (No cóż - szczęśliwi są ignoranci, albowiem oni zażywają szczęścia poczucia niewzruszonej wszechwiedzy.) Mimo wszystko jednak więcej zadziwienia i uciechy sprawia śledzenie publicystów z uprawianiem polityki związanymi nie będących.

Co jest dla mnie źródłem wymienionych doznań? A to mianowicie, jak zawodowi komentatorzy dają się ponosić silnym emocjom. Emocjom, dodajmy, zaślepiającym. W przypadku publicystów “salonowych” jest to bodajże regułą. Druga strona też ma swoich twardych zawodników, jak chociażby Zdzisław Krasnodębski. Tu żadnych zaskoczeń nie ma, jest za to sporo dymu i akcji oraz krwiste akapity. Jeszcze jednak ciekawsze jest obserwowanie, jak również rozsądni i świadomi istoty gry politycznej ludzie ulegają emocjonalnej fali. Dla mnie osobiście najbardziej uderzający jest przykład Rafała Ziemkiewicza - jednego z najbystrzejszych politycznych komentatorów i jednocześnie należącego do tych, którzy patrzą najchłodniejszym okiem. Nie tracąc oczywiście wyrazistego punktu widzenia. Tym razem jednak i on zdaje się zatracać swoją zdystansowaną postawę. Mimo trafnych i realistycznych moim zdaniem ocen Jarosława Kaczyńskiego, które przedstawiał, teraz ewidentnie idealizuje jego osobę. Ostatnio porównał go nawet do Władysława Jagiełły. W żartobliwej analogii taktyczno-wyborczej co prawda, ale zawsze. Wypowiada też co najmniej kontrowersyjne sądy merytoryczne, twierdząc na przykład, że rząd PiS był bardziej prorynkowy niż rząd PO. (W moim odbiorze obydwa są antyrynkowe. Uzasadnieniem przytaczanym przez Ziemkiewicza jest fakt obniżki składek społecznych oraz niechęć do wchodzenia do strefy euro przez PiS. Dość nędzne to uzasadnienie.)

Wydaje się też, że publicyści czynią przeciwnemu obozowi zarzuty z tego, co jest zwyczajną, choć może i czasem cyniczną, grą polityczną. (Tu znowu kamyczek do ogródka Rafała Ziemkiewicza, który nieraz podkreślał, że polityk musi i powinien być cyniczny w walce o władzę.)

Całe to zjawisko nie jest unikalne w swoim charakterze, bo we wszystkich demokracjach proces polityczny angażuje i w dużym stopniu opiera się na emocjach. Osobiście wydaje mi się, że u nas za mało jest jednak stref pozbawionych niejako tych nadmiernie emocjonalnych komponentów. Ale przyznaję, że to subiektywne wrażenie, a dobrego porównania z innymi krajami nie mam. Tak czy inaczej, wszystko to dość zabawne, ale i - w końcu przyznam - irytujące, niezależnie czy ma miejsce w Ameryce czy u nas. Wiemy jednak, że nieodłączna to konsekwencja ludzkiej natury…

2010-05-14 1:52

Z komunikatów kolejowych

Niedawno spędziłem dłuższą chwilę na dworcu kolejowym. W takiej sytuacji nie da się oczywiście uniknąć wysłuchania sporej ilości komunikatów, które były akurat poprzedzane wbijającym się w mózg wysokim tonem - pewnie żeby nikt nie zaniedbał skupienia uwagi. Dwa z tych komunikatów zostały mi w pamięci.

Jeden głosił coś takiego (relacjonuję własnymi słowami): Pociąg taki-a-taki dzisiaj nie jeździ, przepraszamy, bilety można oddać w kasie.  Najwidoczniej ludzie, którzy chcieli skorzystać z połączenia, dowiedzieli się dopiero na dworcu, że - wała, nie pojadą! Mogą se co najwyżej oddać bilety. O zastępczych połączeniach albo odszkodowaniu mowy oczywiście nie było.

Drugi komunikat był ogłoszeniem o poszukiwaniu pracownika. Potrzebny był mianowicie ktos na stanowisko maszynisty. Jednym z wymagań było doświadcznie - na stanowisku maszynisty właśnie. I to było ciekawe. O ile mi wiadomo poza szeroko pojętymi kolejami państwowymi nie sposób w Polsce zdobyć takiego doświadczenia. Albo więc koleje poszukują kogoś, kogo wcześniej wylały (lub sam się zwolnił), albo… Albo może jedna spółka chce podebrać pracownika drugiej spółce. Jak bowiem wiadomo PKP nie są już monolitem. Zostały podzielone, w wyniku czego to, co było nierentowne i tak jest nierentowne, ale za to więcej jest zabawy. I stanowisk kierowniczych być może…

2010-04-14 17:20

Czy tragedia coś zmieni?

Miałem kontynuwać wątek sytuacji kopalnych ideologii wobec współczesnych potrzeb, ale tragedia, która miała miejsce, domaga się pewnych refleksji.

Przemknijmy nad oczywistościami, że katastrofa w Smoleńsku to tragedia o wymiarze państwowym i narodowym, a także szok dla Polaków. Wszystko to prawda. Skupmy się jednak na tym wydarzeniu i jego skutkach bardziej w wymiarze rozumowym, a mniej ulegając, uzasadnionym przecież, emocjom.

Przede wszystkim chciałoby się, żeby dokładnemu badaniu i przemyśleniu poddane zostały przyczyny wypadku i jego przerażające pole rażenia wobec elit państwa. Podobno żadne procedury nie zostały naruszone. A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy w wyniku przypadku giną za jednym zamachem prezydent, dowódcy armii, prezes banku centralnego, prezes IPN, grupa posłów i jeszcze inne osobistości, mamy do czynienia z kompromitacją państwa. Być może nie we wszystkich przypadkach jakość służby Polsce była tu najwyższa, ale coś takiego nie powinno się zdarzyć co do zasady. Inna sprawa to bezpośrednie przyczyny katastrofy. O nich na razie pozostaje milczeć, dopóki nie będą znane wyniki dochodzenia. A jednak śmierć prezydenta po tym, jak samolot próbując lądować we mgle zaczepia o drzewa, jest przynajmniej osobliwa. Czy ktoś wyobraża sobie, żeby coś podobnego spotkało dajmy na to Air Force One? To może skrajne porównanie, ale bynajmniej nie bezsensowne.

Drugą rzeczą, którą przytomny obserwator powinien przemyśleć, są ewentualne korzyści, które kraj może uzyskać. Takie postawienie sprawy nie jest wcale cyniczne, ani nie narusza czci ofiar. Tragedia jest faktem, który miał już miejsce, i nic tego nie zmieni. Dobrze więc gdyby przynajmniej w jakimś stopniu można było obrócić ją ku dobremu. Czy można w takim razie coś takiego znaleźć? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ale dwie możliwości przychodzą na myśl.

Po pierwsze, jakkolwiek to brzmi, poprzez to wydarzenie, świat może w końcu dowiedzieć się o Katyniu i kilku uwarunkowaniach polskiej historii. Ma to znaczenie praktyczne, jako że wizerunek kraju jest narzędziem politycznym, a przeszłość narodu wpływa na ten wizerunek. Również współczucie dla Polski może być wykorzystane do zmniejszenia poczucia obcości, jakie wciąż żywią do nas obywatele zachodniej Europy. Kryje się tu jednak niebezpieczeństwo nadużycia emocji smutku i, tak u nas znanego, pławienia się w poczuciu krzywdy. Tego trzeba za wszelką cenę uniknąć. Wspomniane efekty mogą być natomiast pomocne dla pozytywnego programu wzmacniania wizerunku i pozycji. Ale takiego Polska, jak wiadomo, nie ma.

Tu dochodzimy do drugiego punktu. Smoleńska tragedia mogłaby pomóc we wzmocnieniu obywatelskiej poczucia wspólnoty Polaków oraz ucywilizowaniu obyczajów politycznych. Jak wiadomo prezydent Kaczyński był przez sporą część polskich mediów i polityków odsądzany od czci i wiary. Nie był po prostu przeciwnikiem politycznym, ale kimś nie mającym racji bytu na współczesnej scenie politycznej. W pełen zakłamania sposób pogląd ten był wyznawany przez rzekomych miłośników demokracji i otwartego spółeczeństwa. Takie zjawisko nie powinno nigdy mieć miejsca. Jest ono bardzo szkodliwe, bo odciąga uwagę od istotnych problemów kraju, zniekształca obraz rzeczywistości, a także wprowadza zamęt do międzynarodowego wizerunku Polski. Polityka wolnego kraju polega na sporze czy nawet kłótni, ale nie może polegać na  kłamstwie i awanturze. Trudno ocenić, czy śmierć prezydenta przyczyni się do zmiany pod tym względem. Nie da się tego przewidzieć, ponieważ smutek i poruszenie wywołane nieszczęściem z jednej strony oraz chór oportunistycznych hipokrytów z drugiej przesłaniają w tej chwili obraz. Nawet Adam Michnik, co słyszałem na własne uszy w radiu, wyraził uznanie dla Lecha Kaczyńskiego. Może to dawać nadzieję, ale jednocześnie - czego innego można było oczekiwać po tak zakłamanym człowieku? Niestety poczucie jedności Polaków jest już od nowa naruszane przez nieprzemyślane decyzje, takie jak chociażby ta o pochowaniu prezydenta na Wawelu.

Nie byłem zwolennikiem politycznego profilu Lecha Kaczyńskiego. Wiele razy pisałem, że uważam jego i jego formację za intelektualnie nieprzygotowanych do rządzenia Polską. Jak słusznie (chociaż w pozytywnym kontekście) napisał dziś Zdzisław Krasnodębski, prezydent był “konserwatywnym socjalistą czy socjalistycznym konserwatystą”. Ja nie jestem ani jednym, ani drugim. Ale Lech Kaczyński był w miarę dobrym prezydentem. Nie gorszym od poprzednich w III RP. A na pewno był człowiekiem oddanym swoim ideom.

2010-04-03 14:13

Wykopaliska z prawej strony

Niedawno poświęciliśmy chwilę refleksji panu Ryszardowi Bugajowi należącemu intelektualnie do nurtu, który konsekwentnie nazywam “kopalną lewicą”. Jednak istnieje też coś, co można nazwać “kopalną prawicą”. Zdarzało mi się już ogólnikowo o tym wspominać. Pora wyjaśnić bliżej, o co chodzi. A wyjaśnienie to będzie stosowną okazją do bardziej ogólnej refleksji na odwieczny temat właściwego porządku gospodarczego i społecznego.

“Kopalna prawica” to etykietka dla pewnego zespołu poglądów. Określmy go tu z pewnym przybliżeniem.  Jeśli kopalna lewica wierzy w wysokie podatki i wydatki oraz chce wszystko regulować i ograniczać działanie rynków, przy okazji ograniczając wolność wyboru jednostkom, to kopalna prawica wręcz odwrotnie. Zaprzecza potrzebie i pożytkowie jakkiejkolwiek roli państwa ponad “minimalne”, a jednocześnie dystansuje się od tych współcześnie istniejących form kapitalizmu, które uchodzą za “wolnościowe”. Te ostatnie uważa za dotknięte zgubnym “neoliberalizmem, który to prąd wykpiwa. Tu zresztą znajdując bodaj jedyny punkt styczny z lewicą. Głosi natomiast kopalna prawica potrzebę powrotu do dawnych kapitalistycznych zasad i wartości. Wolność gospodarowania, niskie podatki, indywidualna odpowiedzialność za własne losy - a więc wspomiane państwo minimalne. W sferze makroekonomicznej wolny handel, brak interwencji, w szczególności niepodejmowanie prób stabilizowania cyklu gospodarczego oraz powrót do waluty złotej.

To bardzo ogólnikowa i wyrywkowa charakterystyka. Nie mamy tu miejsca na szczegóły, poza tym ten zarys do naszych celów wystarczy. Od razu powiedzmy, że taki zespół poglądów wyznaje stosunkowo niewielu ludzi i nie ma on wielkiego wpływu na rzeczywistość. Dlaczego więc on nim wspominamy? Otóż dlatego, że po pierwsze istniejący stan rzeczy faktycznie pozostawia wiele do życzenia, i to nie tylko w Polsce, ale w skali międzynarodowej. Naturalne więc wydaje się sięganie do recept dawanych przez jego krytyków. Wśród postulatów kopalnych prawicowców wiele jest jak najbardziej godnych zastosowania. Widoczne to jest zresztą od razu z podanej listy ich poglądów. To znaczy widoczne dla ludzi o zdrowym rozsądku gospodarczym. Na pewno nie dla kopalnej lewicy, na ten przykład. A jednak wzięte w całości ich propozycje są niezadowlające i nieadekwatne do nękających nas problemów. A dlaczego tak jest i jak szukać właściwych odpowiedzi - o tym już w innym wpisie.

2010-03-31 19:10

Rzeżucha

Zdaje mi się, że znalazłem dla siebie nową, świetną misję, która przy okazji zagwarantuje mi przypływ gotówki. Będę mianowicie sadził rzeżuchę. Na balkonie. Następnie będę ją ze sporym zyskiem sprzedawał. Jedna donica według mojej oceny powinna kosztować około stu tysięcy złotych. Mówicie, że tyle nie kosztuje? No to będzie! W końcu rząd powinien wspomóc biednego plantatora rzeżuchy i zagwarantować mu sprawiedliwe ceny skupu, w wysokości przynajmniej stu tysięcy złotych za donicę. Liczę na to.

No tak, pewnie macie rację - ten pomysł raczej nie wypali. A jednak innym się udaje. Oto, jak donoszą media, plantatorzy chmielu protestowali wczoraj przed ministerstwem rolnictwa przeciwko zbyt niskim cenom skupu rzeżu.. to jest, chmielu, oczywiście. Protestowali z niejakim powodzeniem, bo minister zapewnił ich, że “pomoc zostanie uruchomiona”. A więc jednak można! A wy się śmiejecie z rzeżuchy…

2010-03-18 1:10

Głos ze skamienialin

Dawno nie wspominaliśmy o naszym czołowym kopalnym lewicowcu, panu Ryszardzie Bugaju. I oto nadarza się powód, którym jest tekst tego ekonomisty zamieszczony w “Rzeczpospolitej”, a zatytułowany “Polityka gospodarcza w dryfie”. Odnosi się on oczywiście do bieżącej sytuacji gospodarczej Polski. Sam tytuł jak najbardziej trafny. Gorzej nieco z diagnozą.

Otóż zgodnie z kanonami kopalnej lewicy, o całe zło i wszystkie niedostatki naszej gospodarki oskarża autor hołdowaie “neoliberalnemu programowi”. Jest to stałe zaklęcie krytyków, nie tylko polskiej zresztą, polityki ekonomicznej. Jak wynika z wypowiedzi pana Bugaja, całe nieszczęście polega na doktrynalnej wierze w wolny rynek i zbyt niskim transferom socjalnym. Politykę należy skorygować w tych właśnie wymiarach, zapewniając jej jednocześnie elastyczność, będącą przeciwieństwem doktrynerstwa.

No dobrze, ale czy rzeczywiśćie pozostajemy w okowach neoliberalnej pułapki? Po pierwsze, samo słowo “neoliberalny” stało się chętnie używaną obelgą, o coraz mniej określonej jednak treści. Jeśli nawet rozumieć przez nie wolność rynków i ograniczenie czy też brak wydatków socjalnych, to wystarczy chwila refleksji, żeby stwierdzić, że nic takiego u nas nie występuje. Poniekąd potwierdza to pośrednio sam Ryszard Bugaj. Jak? Zauważając problem nierównowagi naszych finansów publiczych (choć nieco go bagatelizuje). Gdyby nasz system wyglądał tak, jak charakteryzuje go pan Bugaj, chroniczna nierównowaga nie występowałaby. To w rzeczy samej dość szczególne oderwanie od rzeczywistości twierdzić, że w Polsce mamy do czynienia z jakimkolwiek skrajnym liberalizmem, czy to neo czy innym.

Lekiem na całe zło jest tradycyjna recepta kopalnego socjalisty - większe podatki i większe wydatki socjalne. O szczegółach ekonomista milczy, co być może wymuszone jest zwięzłością tekstu. Trudno jednak spodziewać się, ze tkwią w nich jakieś rewelacje. Raczej twarde pokłady lewicowych skamienialin. Drogich, jak się wydaje niestety, prezydentowi i jego formacji politycznej.

A na koniec jeden szczegół. Bugaj mówi, że nie ma powodu, aby osoba prowadząca działalność gospodarczą była opodatkowana na innych zasadach niż zatrudniony gdzieś pracownik. Tym samym podważa celowość sprzyjania wzrostowi gospodarczemu przez ułatwianie akumulacji kapitału.