Blog Rudolfa Polaka

Pytania prowadzą do prawdy

2010-06-18 1:22

Dobra decyzja

Dokonany niedawno wybór Marka Belki na prezesa NBP można skomentować krótko - to dobra decyzja. Nie mam żadnych wątpliwości co do jego kwalifikacji oraz odporności na naciski polityczne. Zapewne prawdą jest, jak wskazują zwłaszcza komentatorzy zaliczani do prawicowych, że ta nominacja była wynikiem przedwyborczej gry politycznej w wykonaniu PO. A jednak dobry skutek pozostaje dobry, nawet jeśli jest wynikiem starań o własną korzyść. I nawet jeśli same motywy ocenialibyśmy jako niewłaściwe z punktu widzenia “państwotwórczego”. A co do zarzutów, jakoby pośpiech w mianowaniu prezesa miał służyć zawładnięciu NBP, to akurat bardzo wątpię, żeby to się w tym przypadku mogło powieść. PO wprawdzie już wcześniej niebezpiecznie pomieszało działalność NBP z polityką, ale teraz - patrz wymienione wyżej atuty profesora Belki.

Z drugiej strony nie ma się co łudzić, że ta dobra decyzja wynikła ze średnio dobrych motywów dzięki systemowym cechom naszego ustroju politycznego. Nic podobnego. Po prostu takie były konkretne okoliczości, że akurat nieźle wyszło. Jednocześnie przyznajmy, że akurat rada polityki pieniężnej, jej wyłanianie i funkcjonowanie należą do jaśniejszych punktów polskiego systemu władzy. Pora może wprowadzić podobne mechanizmy w sferę polityki fiskalnej. Konkretnie - ustalania jej zasadnicznych ilościowych parametrów. Że to bardzo nowatorskie? No może, ale słyszałem, że obecny rząd chce odważnie modernizować Polskę. Prawda?

2010-06-06 20:40

Nie-kto?

Zbliża się termin wyborów prezydenckich, a wraz z nim odwieczny dylemat “na kogo głosować”. Dylemat to zaiste ciężki, bo tradycją już niemal stało się u nas podejmowanie decyzji na zasadzie mniejszego zła czy też głosowanie na nie-kogoś tam (np. nie-Wałęsę lub nie-Kwaśniewskiego). Wiele wskazuje, że i tym razem może być podobnie.

Czy bowiem którykolwiek z kandydatów zasługuje na zdecydowane, pozytywne poparcie? Raczej nie. I dotyczy to wszystkich, również “drobnicy”. Ograniczmy się jednak to dwóch mających realne szanse. Ze względu na nasz system polityczny głosowanie na kandydata na prezydenta wiąże się ścisle z całością sceny, obejmującą parlament i rząd. Poparcie udzielane jednemu z nich jest jednocześnie poparciem dla reprezentowanej przez niego partii i wpływa w jakimś stopniu na jej siłę czy to w rządzie, czy w opozycji. Są to rzeczy znane.

Spójrzmy na kandydata siły obecnie rządzącej. Widzę jeden tylko powód, żeby na niego głosować. Mianowicie taki, żeby pozbawić PO wymówki, jakoby nie przeprowadzała żadnych działań reformatorskich, ponieważ wobec prezydenckiego weta są one z góry skazane na porażkę. A może to wcale nie wymówka? Sprawdzić to można wyłącznie wybierając Bronisława Komorowoskiego na prezydenta.

A jednak z drugiej strony działania czy raczej zaniechania PO są tak wielkie i tak jaskrawie sprzeczne z wcześniejszymi obietnicami, że partia z pewnością nie zasługuje na nagrodę w postaci urzędu prezydenta. Tym bardziej, że skoro żadnej chęci modernizacyjnej w praktyce nie zaobserwowano, to wersja wymówki zdaje się jakby prawdopodobniejsza.

A więc na Kaczyńskiego? Taka byłaby logiczna konkluzja. Jednak ten kandydat też budzi niepokój. Do tej pory wykazywał niepokojący rozziew między zamierzeniami, a środkami i skutecznością. Mam na myśli cele ostateczne dla funkcjonowania państwa, nie samą walkę o władzę. Co do działań na arenie międzynarodowej, to słusznie postuluje zyskanie podmiotowości przez Polskę. Ale czy będzie potrafił uprawiać niełatwą dyplomatyczną żonglerkę? Jemu samemu i jego świętej pamięci bratu różnie to wychodziło. Co do kwestii gospodarczych to ostatnio jakby nieco więcej treści i sensu pojawia się w wypowiedziach, ale dawniej nie było to regułą. Nie wiadomo też, jakim doradcom dawałby posłuch. (Zaniepokoiła mnie na przykład wypowiedź Jadwigi Staniszkis, że Jarosław Kaczyński chce odbudować podmiotowość gospdarczą Polski. Niby brzmi dobrze, ale kryć się za tym mogą chybione projekty. Podejrzenia takie wzmacnia we mnie to, ze pani Staniszkisz ma przesadną moim zdaniem wiarę w skuteczność isnpirowanych odgórnie działań. ) Trudno więc orzec, czy pan Kaczyński jako prezydent rzeczywiście sprzyjałby modernizacji kraju.

Dodać należy, że w dwóch ostatnich kwestiach - dyplomacji i gospodarce - pan Komorowski nie prezentuje się chyba wcale lepiej. Zdążył popełnić liczne gafy, również za granicą. A ostatnio zasłynął ciekawą wypowiedzią, że do strefy euro należy dołączyć, gdy wzrost wewnątrz niej będzie wyższy od polskiego. (Pomijając już, że małe na to szanse w dość konkretnej przyszłości, co komentatorzy prasowi słusznie zaraz wytknęli, to mnie bardziej nurtuje, jak on doszedł do tego wniosku. Na podstawie jakiej wiedzy ekonomicznej?) Nawet gdyby uznać, że będzie on tylko “przedłużeniem PO”, to trzeba zaznaczyć, że niedbałosć, z jaką jego partia traktuje polityczną międzynarodową podmiotowosć Polski, jest irytująca.

A więc nie-Komorowski czy nie-Kaczyński? Wybór należy do nas.

2010-05-14 14:50

Przedstawienie

Całkiem zabawne jest przedstawienie pod nazwą “kampania wyborcza”. Nie tyle jednak w samych poczynaniach kandydatów, choć i tutaj bywa nieźle, vide choćby używanie Wikipedii jako źródła prawa przez p.o. (i jednoczesnie PO) prezydenta. Znacznie jednak bardziej ucieszna jast cała panorama medialnych walk zwolenników obydwu głównych obozów. Regularnie dowiadujemy się bowiem, że jedna ze stron dopuszcza się skandalicznych metod i sięga po środki, które z racji nie tylko dobrego smaku, ale i dobra demokracji i jakości publicznej debaty, powinny być wykluczone. Naturalnie, zawsze jest to strona przeciwna do upodobań wypowiadającego się.

I bynajmniej nie w pierwszym rzędzie mam tu na myśli wypowiedzi polityków lub quasi-polityków. Chociaż ci ostatni są tu elementem znaczącym. Świetny przykład to Kazimierz Kutz - człowiek, który potrafi zabrać zdecydowany głos na dowolny temat, rozstrzygając sprawę ostatecznie i rozdeptując z obfitym pluciem potencjalnych oponentów. (No cóż - szczęśliwi są ignoranci, albowiem oni zażywają szczęścia poczucia niewzruszonej wszechwiedzy.) Mimo wszystko jednak więcej zadziwienia i uciechy sprawia śledzenie publicystów z uprawianiem polityki związanymi nie będących.

Co jest dla mnie źródłem wymienionych doznań? A to mianowicie, jak zawodowi komentatorzy dają się ponosić silnym emocjom. Emocjom, dodajmy, zaślepiającym. W przypadku publicystów “salonowych” jest to bodajże regułą. Druga strona też ma swoich twardych zawodników, jak chociażby Zdzisław Krasnodębski. Tu żadnych zaskoczeń nie ma, jest za to sporo dymu i akcji oraz krwiste akapity. Jeszcze jednak ciekawsze jest obserwowanie, jak również rozsądni i świadomi istoty gry politycznej ludzie ulegają emocjonalnej fali. Dla mnie osobiście najbardziej uderzający jest przykład Rafała Ziemkiewicza - jednego z najbystrzejszych politycznych komentatorów i jednocześnie należącego do tych, którzy patrzą najchłodniejszym okiem. Nie tracąc oczywiście wyrazistego punktu widzenia. Tym razem jednak i on zdaje się zatracać swoją zdystansowaną postawę. Mimo trafnych i realistycznych moim zdaniem ocen Jarosława Kaczyńskiego, które przedstawiał, teraz ewidentnie idealizuje jego osobę. Ostatnio porównał go nawet do Władysława Jagiełły. W żartobliwej analogii taktyczno-wyborczej co prawda, ale zawsze. Wypowiada też co najmniej kontrowersyjne sądy merytoryczne, twierdząc na przykład, że rząd PiS był bardziej prorynkowy niż rząd PO. (W moim odbiorze obydwa są antyrynkowe. Uzasadnieniem przytaczanym przez Ziemkiewicza jest fakt obniżki składek społecznych oraz niechęć do wchodzenia do strefy euro przez PiS. Dość nędzne to uzasadnienie.)

Wydaje się też, że publicyści czynią przeciwnemu obozowi zarzuty z tego, co jest zwyczajną, choć może i czasem cyniczną, grą polityczną. (Tu znowu kamyczek do ogródka Rafała Ziemkiewicza, który nieraz podkreślał, że polityk musi i powinien być cyniczny w walce o władzę.)

Całe to zjawisko nie jest unikalne w swoim charakterze, bo we wszystkich demokracjach proces polityczny angażuje i w dużym stopniu opiera się na emocjach. Osobiście wydaje mi się, że u nas za mało jest jednak stref pozbawionych niejako tych nadmiernie emocjonalnych komponentów. Ale przyznaję, że to subiektywne wrażenie, a dobrego porównania z innymi krajami nie mam. Tak czy inaczej, wszystko to dość zabawne, ale i - w końcu przyznam - irytujące, niezależnie czy ma miejsce w Ameryce czy u nas. Wiemy jednak, że nieodłączna to konsekwencja ludzkiej natury…

2010-05-14 1:52

Z komunikatów kolejowych

Niedawno spędziłem dłuższą chwilę na dworcu kolejowym. W takiej sytuacji nie da się oczywiście uniknąć wysłuchania sporej ilości komunikatów, które były akurat poprzedzane wbijającym się w mózg wysokim tonem - pewnie żeby nikt nie zaniedbał skupienia uwagi. Dwa z tych komunikatów zostały mi w pamięci.

Jeden głosił coś takiego (relacjonuję własnymi słowami): Pociąg taki-a-taki dzisiaj nie jeździ, przepraszamy, bilety można oddać w kasie.  Najwidoczniej ludzie, którzy chcieli skorzystać z połączenia, dowiedzieli się dopiero na dworcu, że - wała, nie pojadą! Mogą se co najwyżej oddać bilety. O zastępczych połączeniach albo odszkodowaniu mowy oczywiście nie było.

Drugi komunikat był ogłoszeniem o poszukiwaniu pracownika. Potrzebny był mianowicie ktos na stanowisko maszynisty. Jednym z wymagań było doświadcznie - na stanowisku maszynisty właśnie. I to było ciekawe. O ile mi wiadomo poza szeroko pojętymi kolejami państwowymi nie sposób w Polsce zdobyć takiego doświadczenia. Albo więc koleję poszukują kogoś, kogo wcześniej wylały (lub sam się zwolnił), albo… Albo może jedna spółka chce podebrać pracownika drugiej spółce. Jak bowiem wiadomo PKP nie są już monolitem. Zostały podzielone, w wyniku czego to, co było nierentowne i tak jest nierentowne, ale za to więcej jest zabawy. I stanowisk kierowniczych być może…

2010-04-14 17:20

Czy tragedia coś zmieni?

Miałem kontynuwać wątek sytuacji kopalnych ideologii wobec współczesnych potrzeb, ale tragedia, która miała miejsce, domaga się pewnych refleksji.

Przemknijmy nad oczywistościami, że katastrofa w Smoleńsku to tragedia o wymiarze państwowym i narodowym, a także szok dla Polaków. Wszystko to prawda. Skupmy się jednak na tym wydarzeniu i jego skutkach bardziej w wymiarze rozumowym, a mniej ulegając, uzasadnionym przecież, emocjom.

Przede wszystkim chciałoby się, żeby dokładnemu badaniu i przemyśleniu poddane zostały przyczyny wypadku i jego przerażające pole rażenia wobec elit państwa. Podobno żadne procedury nie zostały naruszone. A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy w wyniku przypadku giną za jednym zamachem prezydent, dowódcy armii, prezes banku centralnego, prezes IPN, grupa posłów i jeszcze inne osobistości, mamy do czynienia z kompromitacją państwa. Być może nie we wszystkich przypadkach jakość służby Polsce była tu najwyższa, ale coś takiego nie powinno się zdarzyć co do zasady. Inna sprawa to bezpośrednie przyczyny katastrofy. O nich na razie pozostaje milczeć, dopóki nie będą znane wyniki dochodzenia. A jednak śmierć prezydenta po tym, jak samolot próbując lądować we mgle zaczepia o drzewa, jest przynajmniej osobliwa. Czy ktoś wyobraża sobie, żeby coś podobnego spotkało dajmy na to Air Force One? To może skrajne porównanie, ale bynajmniej nie bezsensowne.

Drugą rzeczą, którą przytomny obserwator powinien przemyśleć, są ewentualne korzyści, które kraj może uzyskać. Takie postawienie sprawy nie jest wcale cyniczne, ani nie narusza czci ofiar. Tragedia jest faktem, który miał już miejsce, i nic tego nie zmieni. Dobrze więc gdyby przynajmniej w jakimś stopniu można było obrócić ją ku dobremu. Czy można w takim razie coś takiego znaleźć? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ale dwie możliwości przychodzą na myśl.

Po pierwsze, jakkolwiek to brzmi, poprzez to wydarzenie, świat może w końcu dowiedzieć się o Katyniu i kilku uwarunkowaniach polskiej historii. Ma to znaczenie praktyczne, jako że wizerunek kraju jest narzędziem politycznym, a przeszłość narodu wpływa na ten wizerunek. Również współczucie dla Polski może być wykorzystane do zmniejszenia poczucia obcości, jakie wciąż żywią do nas obywatele zachodniej Europy. Kryje się tu jednak niebezpieczeństwo nadużycia emocji smutku i, tak u nas znanego, pławienia się w poczuciu krzywdy. Tego trzeba za wszelką cenę uniknąć. Wspomniane efekty mogą być natomiast pomocne dla pozytywnego programu wzmacniania wizerunku i pozycji. Ale takiego Polska, jak wiadomo, nie ma.

Tu dochodzimy do drugiego punktu. Smoleńska tragedia mogłaby pomóc we wzmocnieniu obywatelskiej poczucia wspólnoty Polaków oraz ucywilizowaniu obyczajów politycznych. Jak wiadomo prezydent Kaczyński był przez sporą część polskich mediów i polityków odsądzany od czci i wiary. Nie był po prostu przeciwnikiem politycznym, ale kimś nie mającym racji bytu na współczesnej scenie politycznej. W pełen zakłamania sposób pogląd ten był wyznawany przez rzekomych miłośników demokracji i otwartego spółeczeństwa. Takie zjawisko nie powinno nigdy mieć miejsca. Jest ono bardzo szkodliwe, bo odciąga uwagę od istotnych problemów kraju, zniekształca obraz rzeczywistości, a także wprowadza zamęt do międzynarodowego wizerunku Polski. Polityka wolnego kraju polega na sporze czy nawet kłótni, ale nie może polegać na  kłamstwie i awanturze. Trudno ocenić, czy śmierć prezydenta przyczyni się do zmiany pod tym względem. Nie da się tego przewidzieć, ponieważ smutek i poruszenie wywołane nieszczęściem z jednej strony oraz chór oportunistycznych hipokrytów z drugiej przesłaniają w tej chwili obraz. Nawet Adam Michnik, co słyszałem na własne uszy w radiu, wyraził uznanie dla Lecha Kaczyńskiego. Może to dawać nadzieję, ale jednocześnie - czego innego można było oczekiwać po tak zakłamanym człowieku? Niestety poczucie jedności Polaków jest już od nowa naruszane przez nieprzemyślane decyzje, takie jak chociażby ta o pochowaniu prezydenta na Wawelu.

Nie byłem zwolennikiem politycznego profilu Lecha Kaczyńskiego. Wiele razy pisałem, że uważam jego i jego formację za intelektualnie nieprzygotowanych do rządzenia Polską. Jak słusznie (chociaż w pozytywnym kontekście) napisał dziś Zdzisław Krasnodębski, prezydent był “konserwatywnym socjalistą czy socjalistycznym konserwatystą”. Ja nie jestem ani jednym, ani drugim. Ale Lech Kaczyński był w miarę dobrym prezydentem. Nie gorszym od poprzednich w III RP. A na pewno był człowiekiem oddanym swoim ideom.

2010-04-03 14:13

Wykopaliska z prawej strony

Niedawno poświęciliśmy chwilę refleksji panu Ryszardowi Bugajowi należącemu intelektualnie do nurtu, który konsekwentnie nazywam “kopalną lewicą”. Jednak istnieje też coś, co można nazwać “kopalną prawicą”. Zdarzało mi się już ogólnikowo o tym wspominać. Pora wyjaśnić bliżej, o co chodzi. A wyjaśnienie to będzie stosowną okazją do bardziej ogólnej refleksji na odwieczny temat właściwego porządku gospodarczego i społecznego.

“Kopalna prawica” to etykietka dla pewnego zespołu poglądów. Określmy go tu z pewnym przybliżeniem.  Jeśli kopalna lewica wierzy w wysokie podatki i wydatki oraz chce wszystko regulować i ograniczać działanie rynków, przy okazji ograniczając wolność wyboru jednostkom, to kopalna prawica wręcz odwrotnie. Zaprzecza potrzebie i pożytkowie jakkiejkolwiek roli państwa ponad “minimalne”, a jednocześnie dystansuje się od tych współcześnie istniejących form kapitalizmu, które uchodzą za “wolnościowe”. Te ostatnie uważa za dotknięte zgubnym “neoliberalizmem, który to prąd wykpiwa. Tu zresztą znajdując bodaj jedyny punkt styczny z lewicą. Głosi natomiast kopalna prawica potrzebę powrotu do dawnych kapitalistycznych zasad i wartości. Wolność gospodarowania, niskie podatki, indywidualna odpowiedzialność za własne losy - a więc wspomiane państwo minimalne. W sferze makroekonomicznej wolny handel, brak interwencji, w szczególności niepodejmowanie prób stabilizowania cyklu gospodarczego oraz powrót do waluty złotej.

To bardzo ogólnikowa i wyrywkowa charakterystyka. Nie mamy tu miejsca na szczegóły, poza tym ten zarys do naszych celów wystarczy. Od razu powiedzmy, że taki zespół poglądów wyznaje stosunkowo niewielu ludzi i nie ma on wielkiego wpływu na rzeczywistość. Dlaczego więc on nim wspominamy? Otóż dlatego, że po pierwsze istniejący stan rzeczy faktycznie pozostawia wiele do życzenia, i to nie tylko w Polsce, ale w skali międzynarodowej. Naturalne więc wydaje się sięganie do recept dawanych przez jego krytyków. Wśród postulatów kopalnych prawicowców wiele jest jak najbardziej godnych zastosowania. Widoczne to jest zresztą od razu z podanej listy ich poglądów. To znaczy widoczne dla ludzi o zdrowym rozsądku gospodarczym. Na pewno nie dla kopalnej lewicy, na ten przykład. A jednak wzięte w całości ich propozycje są niezadowlające i nieadekwatne do nękających nas problemów. A dlaczego tak jest i jak szukać właściwych odpowiedzi - o tym już w innym wpisie.

2010-03-31 19:10

Rzeżucha

Zdaje mi się, że znalazłem dla siebie nową, świetną misję, która przy okazji zagwarantuje mi przypływ gotówki. Będę mianowicie sadził rzeżuchę. Na balkonie. Następnie będę ją ze sporym zyskiem sprzedawał. Jedna donica według mojej oceny powinna kosztować około stu tysięcy złotych. Mówicie, że tyle nie kosztuje? No to będzie! W końcu rząd powinien wspomóc biednego plantatora rzeżuchy i zagwarantować mu sprawiedliwe ceny skupu, w wysokości przynajmniej stu tysięcy złotych za donicę. Liczę na to.

No tak, pewnie macie rację - ten pomysł raczej nie wypali. A jednak innym się udaje. Oto, jak donoszą media, plantatorzy chmielu protestowali wczoraj przed ministerstwem rolnictwa przeciwko zbyt niskim cenom skupu rzeżu.. to jest, chmielu, oczywiście. Protestowali z niejakim powodzeniem, bo minister zapewnił ich, że “pomoc zostanie uruchomiona”. A więc jednak można! A wy się śmiejecie z rzeżuchy…

2010-03-18 1:10

Głos ze skamienialin

Dawno nie wspominaliśmy o naszym czołowym kopalnym lewicowcu, panu Ryszardzie Bugaju. I oto nadarza się powód, którym jest tekst tego ekonomisty zamieszczony w “Rzeczpospolitej”, a zatytułowany “Polityka gospodarcza w dryfie”. Odnosi się on oczywiście do bieżącej sytuacji gospodarczej Polski. Sam tytuł jak najbardziej trafny. Gorzej nieco z diagnozą.

Otóż zgodnie z kanonami kopalnej lewicy, o całe zło i wszystkie niedostatki naszej gospodarki oskarża autor hołdowaie “neoliberalnemu programowi”. Jest to stałe zaklęcie krytyków, nie tylko polskiej zresztą, polityki ekonomicznej. Jak wynika z wypowiedzi pana Bugaja, całe nieszczęście polega na doktrynalnej wierze w wolny rynek i zbyt niskim transferom socjalnym. Politykę należy skorygować w tych właśnie wymiarach, zapewniając jej jednocześnie elastyczność, będącą przeciwieństwem doktrynerstwa.

No dobrze, ale czy rzeczywiśćie pozostajemy w okowach neoliberalnej pułapki? Po pierwsze, samo słowo “neoliberalny” stało się chętnie używaną obelgą, o coraz mniej określonej jednak treści. Jeśli nawet rozumieć przez nie wolność rynków i ograniczenie czy też brak wydatków socjalnych, to wystarczy chwila refleksji, żeby stwierdzić, że nic takiego u nas nie występuje. Poniekąd potwierdza to pośrednio sam Ryszard Bugaj. Jak? Zauważając problem nierównowagi naszych finansów publiczych (choć nieco go bagatelizuje). Gdyby nasz system wyglądał tak, jak charakteryzuje go pan Bugaj, chroniczna nierównowaga nie występowałaby. To w rzeczy samej dość szczególne oderwanie od rzeczywistości twierdzić, że w Polsce mamy do czynienia z jakimkolwiek skrajnym liberalizmem, czy to neo czy innym.

Lekiem na całe zło jest tradycyjna recepta kopalnego socjalisty - większe podatki i większe wydatki socjalne. O szczegółach ekonomista milczy, co być może wymuszone jest zwięzłością tekstu. Trudno jednak spodziewać się, ze tkwią w nich jakieś rewelacje. Raczej twarde pokłady lewicowych skamienialin. Drogich, jak się wydaje niestety, prezydentowi i jego formacji politycznej.

A na koniec jeden szczegół. Bugaj mówi, że nie ma powodu, aby osoba prowadząca działalność gospodarczą była opodatkowana na innych zasadach niż zatrudniony gdzieś pracownik. Tym samym podważa celowość sprzyjania wzrostowi gospodarczemu przez ułatwianie akumulacji kapitału.

2010-02-26 1:42

Skrawki z mediów

Mały przegląd subiektywnie wybranych rzeczy z mediów.

1. Na “Interia.pl” możemy przeczytać artykuł o róznych zawirowaniach w świecie futbolu, w szczególności aferach związanych z życiem seksualnym niektórych piłkarzy. Trzeba przyznać, że sprawa Johna Terry’ego jest o tyle istotna, że uwodząc kobietę kolegi doprowadził do rozbicia linii obrony reprezentacji Anglii. Poza tym jednak można dojść do wniosku, że, podobnie jak w przypadku “afery” z panem Woodsem, mamy do czynienia z robieniem tematu z niczego. Mężczyźni o wysokiej pozycji społecznej, w jakiś sposób wybitni zawsze prowadzili i będa prowadzić bujne życie seksualne. To tylko współczesna wszechobecność mediów prowadzi do sytuacji tego typu, że pan Woods udał się na “leczenie uzależnienia od seksu”. Oczywiście nie jest on zapewne tak głupi, żeby brać to na poważnie. Po prostu wymóg przeliczalnego na pieniądze “wizerunku”. No cóż, jak się chce odzwyczaić, niech sobie utnie rękę. Jako były wybitny golfista nie będzie już tak atrakcyjny dla kobiet.

2. “Rzeczpospolita” doniosła w dwóch artykułach o osobliwych zjawiskach w jednostce GROM. Wiążą się bezpośrednio z jej dowódcą, któremu jeden z podwładnych zarzucił zwalnianie doświadczonych i cennych dla GROMu żołnierzy. Podobno negatywna opinia o tych działaniach jest w tej jednostce dość powszechna. Podziela ją też były jej dowódca gen. Polko. Z drugiego artykułu dowiadujemy się, że płk. Zawadka - dowódca GROM - zwołał konferencję prasową w celu wyjaśnienia sytuacji. Pogłębił jedna tylko konfuzję, bo zwołał ją w siedzibie jednostki, która w zasadzie pozostawać powinna tajna. Jeśli to wszystko prawda i przytoczone interpretacje są prawdziwe (zastrzegam się, bo moja wiedza jest tu zerowa), to chyba sprawą momentalnie powinien zająć się kontrwywiad. Działania płk. Zawadki sprawiałyby bowiem wrażenie inspirowanych przez obce służby.

3. Również “Rzeczpospolita” pisała ostatnio o potencjalnym napływie Chińczyków i ich firm do polskiego sektora budowlanego. Może on znacznie przyspieszyć realizację wielu projektów infrastrukturalnych, ale budzi też protesty. Komentator gazety przedstawia opinię, że ogólnie zjawisko to będzie korzystne, ale trzeba uważać, czy chińskie firmy nie dostają aby ukrytego wsparcia finansowego od własnego rządu. Nie mam tu teraz miejsca, żeby dokładniej potraktować ten problem (postaram się niebawem), ale zauważmy jedną rzecz. Jeśli ktoś wykonuje jakąś usługę taniej od naszych wykonawców i dzięki temu np. drogi powstają szybciej i oszczędniej, to w zasadzie wszystko jedno, jaki jest powód takiej przewagi konkurencyjnej. Co najwyżej w efekcie chiński rząd sfinansuje polską infrastrukturę. Czy redaktor “Rzeczpospolitej” miałby coś przeciw temu? Ja nie…

4. Właśnie oglądnąłem w telewizji film poświęcony epizodowi z pierwszej wojny światowej (ponoć oparty na faktach). Ponieważ filmy o tej wojnie są względnie rzadkie w porównaniu do tych o drugiej światowej, była to dla mnie pewna gratka. Tytuł: “Zaginiony batalion”. Film produkcji amerykańskiej, więc oczywiście bohaterami byli żołnierze z Ameryki. No i dobrze, nie mam nic przeciwko. Było trochę patosu i apoteozy bohaterstwa zwykłych chłopców z USA. W porządku - lubię to. Wszystko oglądało mi się dość dobrze aż do pewnego momentu. Była nim scena, w której szeregowiec Krotoshinsky (Krotosiński, jak się domyślamy) odpiera zarzuty swojego kolegi, jakoby nie był żadnym Amerykaninem, a Polakiem. Argumentuje, że zdał test (dla imigrantów), więc jest Amerykaninem. W domyśle Ameryka jawi się jako otwarty kraj wolnych ludzi. Już się miałem wzruszyć, co lubię robić na takich filmach, kiedy Krotoshinsky dodał, że Polakiem to on jest tylko w Ameryce, bo w Polsce to był Żydem i robił buty dla oficerów (cytuję z pamięci). Bardzo to ciekawe, biorąc pod uwagę, że jest pierwsza wojna światowa, a Polska od przeszło stu lat nie istnieje jako państwo. Przywołanie więc żydowskiego emigranta z Polski jako reprezentatywnej postaci wyzwolonego z opresji pariasa wydaje się łagodnie mówiąc pewną przesadą. Ale na pewno znakomicie wpasowuje się w starannie wyżłobione syjonistyczną propagandą koleiny historycznych wyobrażeń Amerykanów (i nie tylko). No cóż, cieszmy się, że Stany Zjednoczone nie istniały już np. w czasie wojny stuletniej. Wtedy bowiem mogłoby się okazać w jakimś filmie, że amerykańscy ochotnicy zasilili angielskich łuczników pod Crecy, a wśród nich byłby zbiegły przed okrutnymi prześladowaniami króla Kazimierza Żyd.

I tym optymistycznym akcentem kończymy subiektywny przegląd medialnych skrawków.

2010-02-23 22:42

Płetwy dla ludzi bez stóp?

Pozostańmy jeszcze w klimatach sportowych, tak jak w poprzednim wpisie. Oto media donoszą o nagłośnionej przez Justynę Kowalczyk sprawie przyjmowania przez zawodniczki z jej dyscypliny leków poprawiających wydolność płuc. Te leki formalnie dozwolone są dla tych narciarek, które cierpią na astmę. Pomińmy już nawet fakt, że wiarygodność tego  “cierpienie” jest nietrudna dla żadnego Polaka do przeniknięcia. W końcu znaczna część naszego społeczeństwa równie głęboko “cierpi” na mniej lub bardziej straszliwe schorzenia będące cenioną żyłą stałego dochodu. Nawet jednak pominąwszy ten aspekt zagadnienia, pozostaje coś, co określić można tylko jako jeden wielki sportowy nonsens. A właściwie - nonsens logiczny.

Gdzie tu bowiem konsekwencja i spójność? Wygląda to tak: substancja X jest zabroniona. Jednak dla chorych na chorobę Y jest ona dozwolona. Celem jest zapewne “wyrównanie szans”. W przeciwnym razie cierpiący na Y nie mogliby profesjonalnie uprawiać danej dyscypliny. No i fajnie, tyle że łączny efekt X i Y może z kolei zaburzać równe szanse na korzyść chorych. (A już na pewno będzie tak w przypadku “chorych” - tych z cudzysłowiem.) To mniej więcej tak, jakby pływacy bez stóp mogli sobie legalnie montować płetwy. Rozwiązania mogą być dwa - albo pewne substancje, zabiegi, itp. są zabronione dla wszystkich, albo dla wszystkich dopuszczone. Inaczej mamy jakiś mętną sytuację, która sprzyja nadużyciom.

Niestety, zdaje się podobnie klarowne podejście staje się coraz mniej typowe na naszym pięknym świecie. I to, jak wiadomo, nie tylko w sporcie. Różnego rodzaju ideologie, sentymenty i emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Dorzucić jeszcze trzeba korupcję oraz - co wcale nie najmniej istotne -  słabość umysłów.